Kredyty przez internet po polsku
 Oceń wpis
   

 

Provident nie ma w Polsce dobrej prasy. Przy okazji wprowadzania przepisów antylichwiarskich dodatkowo mu się dostało. Kredyty Providenta były sztandardowym przykładem horrendalnej drożyzny, z którą walczyli dzielni posłowie.

Swoją drogą brytyjska firma skutecznie poradziła sobie z limitem oprocentowania i nadal bez problemu inkasuje tyle co przedtem (rzeczywiste oprocentowanie rzędu 200 czy 300 proc. w skali roku). A działa to tak, że z ceny kredytu wyłączono koszt obsługi przez agenta firmy (przynosi pieniądze, a potem co tydzień osobiście odbiera raty). Z tej obsługi można korzystać lub nie. A skoro tak, to firma nie musi wliczać tego kosztu do rzeczywistej rocznej stopy oprocentowania co by oznaczało znaczne przekroczenie ustawowego sufitu. Inna sprawa, że mało kto będzie z tej obsługi rezygnował, bo wtedy dłużej trzeba czekać na kredyt. No i trzeba pilnować żeby co tydzień terminowo wpłacać raty na konto Providenta. Zakładam, że wśród klientów firmy jest mało osób otrzaskanych z obsługą stałych płatności w internecie. Raczej będzie to spacer na pocztę.

A czy Provident jest drogi? Za fanaberie trzeba płacić. Niektórzy zresztą muszą. Dla osób starszych chodzenie do banku czy na pocztę (żeby spłacić raty) może być zbyt dużym wysiłkiem. Provident dostarcza usługę i znajduje na nią popyt. Może za kilka lat nie będzie już tego popytu w Polsce, bo emeryci w końcu pozakładają konta. Trzeba też podkreślić że to co oferuje Provident to zupełnie inna usługa niż kredyty w bankach - trudno porównywać cenowo te produkty. Jeśli ktoś chce płacić za cotygodniowe odwiedzimy agenta z Providenta to płaci.

Tak czy inaczej Provident postanowił trochę poprawić swój wizerunek i oczywiście rozwijać biznes. Pewnie firma widzi już że popyt na usługę "home credit" nie będzie trwał wiecznie. No i nie wiadomo co jeszcze wymyślą posłowie w ramach "walki z lichwą". Provident zaczął więc stopniowo docierać do "wyższych segmentów rynku". Najpierw była Mandarynka (trochę większe kwoty kredytu, reklamy np. w warszawskim metrze), potem Rapida. Chociaż ta Rapida, z tego co pamiętam, to już startowała jakiś czas temu ale widać wtedy z inną koncepcją.

Teraz Rapida to "pożyczki przez Internet". Biorę to w cudzysłów, bo w Polsce nie ma na razie pożyczek przez Internet o czym za chwilę. W każdym razie jeśli przyjrzeć się ofercie tej firmy (a raczej marki Providenta) to może ona spokojnie konkurować z tym co oferują banki specjalizujące się w tzw. consumer finance. Rzeczywiste oprocentowanie kredytu w Rapida to ok. 36 proc. (roczna pożyczka w wysokości 10 tys. zł). To jest przyzwoity poziom (jak na ten segment rynku) i na pewno banki takie jak Lukas, GE Money czy Cetelem zyskały teraz poważnego konkurenta.

I jeszcze o tym internecie. Rapida to ponoć rewolucja, bo pożyczają przez Internet. Czyżby? Najpierw trzeba wypełnić wniosek online, a potem kurier przynosi dokumenty, które podpisujemy w jego obecności. Papiery wracają do Rapidy. Dopiero wtedy podejmowana jest ostateczna decyzja kredytowa i kasa wędruje na konto klienta. W najlepszym wypadku pieniądze będą na koncie w kilka dni. I to jest typowy model który już w Polsce działa w kilku bankach.

A na przykład w Estonii kredyt rzędu kilku tysięcy złotych można wziąć bez wychodzenia z domu. Działa tam po prostu W PRAKTYCE podpis elektroniczny. U nas też są przepisy, jest technologia tylko coś instytucje finansowe nie kwapią się żeby ponieść koszty i udostępnić klientom takie rozwiązanie. W Szwecji pieniądze można pożyczyć SMS-em (maksymalnie ok. 400 euro). Inna sprawa, że jak nie oddamy w ciągu miesiąca zaczynają biec odsetki rzędu 1000 proc. w skali roku.

Zbyt łatwy kredyt może być pułapką. Może powinniśmy być wdzięczni naszym bankom (i Providentowi), że na razie trzymają nas z dala o tych technicznych nowinek. Ale przynajmniej niech nie reklamują kredytów przez Internet, bo ich po prostu nie ma.

Komentarze (14)
Dwie i pół stówki za friko (co miesiąc)
 Oceń wpis
   

 

Zastanawiam się dlaczego w Polsce tak mało popularne są kredyty studenckie. Chodzi mi o te pożyczki dotowane przez budżet. Z tego co sobie tak orientacyjnie policzyłem taki kredyt to szansa na to żeby totalnie za darmo mieć co miesiąc ok. 250 zł przez całe studia.

Kredyt studencki działa następująco: przez maksymalnie 6 lat akademickich (10 miesięcy w roku) student dostaje 600 zł (po ostatnich zmianach może to być mniej: 400 zł). Spłata zaczyna się dwa lata po zakończeniu studiów i trwa dwa razy dłużej niż okres wypłaty. Dopiero od momentu spłaty zaczynają się liczyć odsetki, a oprocentowanie wynosi połowę stopy redyskontowej więc w tej chwili tylko 2,25 proc.

Załóżmy że kredyt będzie wypłacany przez 50 miesięcy - co miesiąc 600 zł. Wystarczy że 340 zł z tej raty zainwestujemy osiągając roczną stopę zwrotu 8 proc. To nie jest dużo. Mając 5-letni horyzont inwestycyjny można taką rentowność spokojnie osiągnąć np. w funduszach stabilnego wzrostu czy zrównoważonych. Po zakończeniu studiów mamy jakieś 20 600 zł. Ta kwota dalej procentuje i po dwóch latach zaczynamy z niej spłacać raty kredytu (utrzymując te środki np. w funduszu pieniężnym). Okazuje się że będziemy wtedy mieć wystarczająco dużo pieniędzy żeby oddać cały kredyt razem z odsetkami. W efekcie przez 50 miesięcy studiów za darmo dostaliśmy 240 zł x 50 miesięcy, czyli 13 tys. zł!

Oczywiście pewnie mało który student będzie w stanie narzucić sobie taką dyscyplinę finansową. Tak czy inaczej nie widzę powodu żeby z takiego kredytu nie skorzystać. Tym bardziej że poza kilkoma poręczeniami których banki mogą żądać (a i to nie wszystkie) większych utrudnień nie ma. Na przykład maksymalny dochód na osobę w rodzinie studenta, który chce taki kredyt dostać to w tym roku akademickim 1900 zł (z roku na rok ten limit znacząco rośnie). Nie jest to więc oferta tylko dla studentów z ubogich rodzin. Tymczasem pewnie znowu kredyty weźmie kilka procent studentów. No bo przecież nie wiadomo jak z pracą po studiach..

Komentarze (8)
Musi być nius
 Oceń wpis
   

O cenach mieszkań pisze się i mówi od dłuższego czasu w stylu "kupuj, bo taniej nie będzie". Media polują więc na informacje o tym że wreszcie coś zaczęło się psuć, że ceny mieszkań zaczynają spadać. Wiadomo: to jest coś nowego, to jest nius. Jeśli jest zapotrzebowanie, znajdzie się dostawca danych.

Tego typu tekst pojawił się ostatnio w "Dzienniku". Okazuje się oto, że w Katowicach mieszkania staniały w samym tylko kwietniu o 15, a w Krakowie o 4 proc. Źródłem jest raport firmy Open Finance zajmującej się doradztwem finansowym (w mniejszym stopniu rynkiem nieruchomości). Czy chodzi o rynek wtórny czy pierwotny? Jaka jest metodologia raportu? Gdzie go można w całości znaleźć? Nie wiadomo. Ważne, że spadło i jest nius.

Tymczasem wg serwisu Szybko.pl, który od dłuższego już czasu regularnie monitoruje wtórny rynek mieszkań wynika że w Katowicach w kwietniu ceny... wzrosły o 16,2 proc. Ogólnopolska agencja nieruchomości OberHaus w swoim majowym raporcie dotyczącym Katowic stwierdza, że na "śląskim rynku nieruchomości nie zanotowano w ostatnich miesiącach zdecydowanej zmiany sytuacji". Firma konsultingowa Rednet, który zajmuje się dla odmiany rynkiem pierwotnym, a więc nowymi mieszkaniami podaje że w Krakowie w kwietniu mieszkania podrożały o 1,1 proc. (w Poznaniu o 11,3 proc., w Trójmieście o 5,9 proc.). Rednet nie zbiera dokładnych danych z Katowic ale wg ich szacunków średnia cena metra nowego mieszkania sięga tam 4200 zł i bynajmniej nie spadała w kwietniu.

Media szukają informacji i nie ma w tym nic złego. Gorzej, że takie wyssane z palca analizy żyją potem własnym życiem. Jeszcze tego samego dnia są podchwytywane przed media elektroniczne, często o większej sile rażenia niż gazeta. Różnego rodzaju eksperci są przepytywani na okoliczność spadku cen mieszkań. Nie mają za bardzo czasu i możliwości żeby oceniać rzetelność czy wiarygodność informacji - szukają argumentów, by te informacje uzasadnić i tym samym je potwierdzają.

Fakt, że w Polsce nie ma jednego kompletnego źródła informacji o cenach mieszkań. Nie wiem dokładnie na jakim etapie rozwoju jest system Amron stworzony przez banki jako narzędzie wspierające sprzedaż kredytów. Mają tam być gromadzone dane o cenach transakcyjnych, czyli faktycznych cenach po jakich są sprzedawane i kupowane mieszkania. W każdym razie te informacji nie są nigdzie publikowane. To co podaje GUS jeśli chodzi o ceny metra mieszkań ma się nijak do rzeczywiostości.

Media zgłaszają natomiast zaptrzebowanie na regularne dane o rynku. Wiele firm stara się więc możliwie rzetelnie taki monitoring prowadzić. Nadal jest to jednak analiza cen wywoławczych. Faktyczne ceny transakcyjne są prawdopodobnie nieco niższe. Część instytucji (np. Reas Konsulting) w tym wyścigu nie uczestniczy czasem tylko podają swoje analizy. No i zdarzają się wreszcie kwiatki z stylu taniejących w oczach katowickich mieszkań. Ciekawe czy nabywcy nieruchomości są w stanie się w tym wszystkim połapać.

Komentarze (13)
Murowany maj
 Oceń wpis
   

 

Jeśli ktoś się boi powtórki majowej korekty może zainteresować się nieruchomościami. Z tego co wiem w maju będą przynajmniej trzy ciekawe oferty. KBC TFI wprowadza swój kolejny fundusz zamknięty. To nic innego jak tzw. produkt strukturyzowany tworzony na kilka lat. Wynik będzie zależny od indeksu EPRA skupiającego europejskie spółki działające na rynku nieruchomości. Na stronie KBC widzę już informację o tzw. partycypacji, czyli o tym w jakiej proporcji inwestor będzie uczestniczył w zmianie wspomnianego indeksu. Ten wskaźnik wynosi 0,85, czyli 85%. Prospekt funduszu ma się pojawić 7 maja.

Nie będę już zanudzał matematyką ale każdy kto sobie upodoba tę właśnie ofertę (i praktycznie jakikolwiek produkt strukturyzowany) powinien dokładnie przeanalizować wzór wg którego zostanie obliczony wynik na koniec. W przypadku funduszu trzeba tego poszukać w prospekcie, jeśli to będzie polisa wówczas "tajemnicę" znajdziemy w ogólnych warunkach ubezpieczenia itd. Nie wystarczy informacja że "inwestujemy w nieruchomości Europy Środkowo-Wschodniej", bo potem może się okazać że produkt oparty jest w praktyce o kilka spółek działających w tym regionie, wynik zależy od określonego dnia w przyszłości (bo zastosowano zwykłą opcję europejską) a do tego partycypacja i gwarancja kapitału są poniżej 100 proc. Nie będą już pokazywał palcem. Wszystko dla ludzi ale pod warunkiem, że widzą co kupują.

KBC należy do nielicznych firm na polskim rynku które oferują przyzwoite produkty w ramach tzw. "struktur". Jednym z ich patentów jest stosowanie uśredniania (tzw. opcja azjatycka) w końcowym okresie trwania inwestycji. Działa to tak że np. przez 4 lata zarabiamy (ew. tracimy) tyle co jakiś indeks (np. EPRA) a potem jest "hamowanie" - mechanizm uśredniania zmniejsza dynamikę zmian na jakiś czas przed finiszem. W efekcie możemy zarobić trochę mniej ale też troche mniej stracić - zależy od tego co się będzie działo w końcówce. W każdym razie spada ryzyko. I do tego sama opcja jest tańsza więc oferta może być bardziej atrakcyjna dla klienta lub (i to w polskich realiach jest częściej stosowane) produkcent może więcej zarabić.

Inna ciekawa oferta powinna wyjść ze stajni Investors TFI - to firma zajmująca się funduszami typu hedge. Wiadomo że nie zawsze im się będzie tak dobrze wiodło jak do tej pory więc postanowili urozmaicić portfolio produktów. I wymyślili fundusz zamknięty o nazwie bodajże Bułgaria i Rumunia. Moim zdaniem strzał w 10-tkę - powinno się to sprzedać na pniu. Tym bardziej że zbierają nie więcej niż 100 mln zł - działa mechanizm taki jaki przy funduszach małych i średnich spółek: jeśli coś jest reglamentowane to pewnie jest dobre.

W tym przypadku zresztą jest duża szansa, że rzeczywiście tak będzie. Fundusz ma inwestować w bułgarskie i rumuńskie spółki z branży nieruchomości (ale nie tylko). Z tego co wiem ludzie z Investorsa zrobili już tam na miejscu poważny rekonesans i mają swoje typy. Sam fundusz ma oczywiście spory potencjał zysku na dłuższą metę - mało kto chyba zakłada że w bułgarskich i rumuńskich nieruchomościach w najbliższych latach będzie zastój i flauta. Zysk może jednak pojawić się szybciej. Certyfikaty funduszu mają wejść do obrotu giełdowego zaraz po zakończeniu subskrypcji. Pamiętam co się działo kilka miesięcy temu z analogicznymi papierami zamkniętych funduszy nieruchomości (np. Arka Rynku Nieruchomości) - były notowan ze sporą premią, a więc znacznie powyżej ich rzeczywistej wyceny, wynikającej z tego co fundusz ma w portfelu. I mam takie przeczucie że ze wspomnianym funduszem BiR może być podobnie.

I jeszcze jedna oferta. Chodzi o produkt Expandera oparty na nieruchomościach europejskich i azjatyckich. Udało nam się tam zmieścić tzw. look back (ja to nazywam "łapaniem górki"). Nieważne co wyjdzie na koniec, inwestor i tak dostanie najwyższy poziom osiągnięty przez koszyk dwóch nieruchomościowych indeksów w trakcie całego okresu trwania lokaty. Oczywiście nie ma nic za darmo - taka opcja jest bardzo droga. Zysk trzeba było ograniczyć z góry do 90% w ciągu 5 lat (więcej nie będzie). Gwarancja kapitału jest na poziomie 90 proc. (w najgorszym wypadku, gdyby wszystko przez 5 lat spadało można stracić maksymalnie 10 proc.). W efekcie stopa zwrotu z tego produktu zmieści się między -10 proc. a +90 proc. Przy czym wspomniany look back ("łapanie górki") zwiększa szanse że będzie ta jakiś sensowny, dodatni zwrot - wystarczy że w którymś momencie te indeksy podskoczą do góry i ten poziom zostanie "zapamiętany" i wypłacony na koniec.

Co kto lubi. Grunt żeby zrozumieć jak działają te oferty. Niestety rzetelne opisy mechaniki tych produktów należą do rzadkości. Dzięki temu jest potem o czym pisać (vide: Zarobić na Arce).         

Komentarze (10)
Kiedy ujdzie powietrze?
 Oceń wpis
   

Mark Mobius - żywa legenda zarządzania aktywami, zapytany dlaczego polskie spółki nie mają zbyt dużych udziałów w portfelach jego funduszy odparł: "są za drogie". Następnie powołał się na wskaźniki P/E polskich banków - kilka razy wyższe niż analogicznych firm z naszego regionu. W wielu innych branżach jest podobnie. Dlaczego więc nasza giełda opiera się porządnej przecenie?

Myślę że głównie dlatego, że dla giełdy nie ma alternatywy. OFE i TFI muszą kupować polskie akcje - nie mają wyboru. Kilka miliardów co miesiąc wpływa na parkiet, na którym nie ma od dłuższego czasu znaczących - pod względem wolumenu - debiutów. No i jeszcze fenomen MiŚ-ów czyli funduszy małych i średnich spółek - powstają kolejne, a te "stare" nie mogą spokojnie patrzeć jak konkurencja zgarnia miliony i ponownie otwierają sie na nowe wpłaty. A inwestorzy oczekują zysków rzędu 70-80 proc., no ostatecznie 50 proc. w roku

Ten stan "inwestycyjnej autarkii" może jeszcze trochę trwać przyprawiając o frustrację analityków od lat wieszczących wielką bessę. Kiedyś jednak musi ujść powietrze, a nastąpi to najpóźniej wtedy gdy bez ryzyka kursowego będziemy mogli inwestować za granicą. Już teraz pojawiają sie pierwsze jaskółki: zagraniczne fundusze Robeco sprzedają jednostki bez ryzyka kursowego. Przy czym zabezpieczenie portfela funduszu nie jest oczywiście darmowe. Z moich informacji wynika że wkrótce także Fortis zastosuje taką inżynierię finansową w swoich funduszach. To świadczy o poważnym traktowaniu polskiego rynku przez zagranicznych graczy.

Oczywiście poważna rywalizacja między krajowymi TFI a zagraniczną konkurencją zacznie się wówczas gdy zaczniemy zarabiać w euro, a być może wcześniej, gdy wahania kursu złotego do wspólnej waluty zostaną usztywnione w ramach ERM2. W tej chwili zagraniczne fundusze mimo swej wyrażnej jakościowej przewagi (niższe koszty, lepsza jakość zarządzania) nie zdobyły znaczącego udziału w rynku. Duże banki detaliczne nie chcą ich sprzedawać (to oczywiste: mają swoje własne TFI). Pewnym problemem są też wysokie progi wejścia (np. 2500 dolarów/euro w funduszach Templetona ale już tylko 1000 euro w Fortisie czy 500 zł w Robeco). I wreszcie: zagracznie podmioty będą musiały trochę zainwestować w promocje - na razie oszczędzają. 

Relatywnie sporym powodzeniem wśród zamożnych inwestorów cieszą się propozycje "egzotyczne" takie jak fundusze latynoamerykańskie czy sektorowe (kopalnie złota, spółki z branży energetycznej itp.), gdzie stopy zwrotu mogą być porównywalne z tym co pokazują w ostatnich latach polskie fundusze. Tak czy inaczej zagraniczne fundusze (których w tej chwili jest na rynku już więcej niż krajowych!) nie trafiły pod strzechy. Ich czas się jednak zbliża. Znaczące zwiększenie możliwości lokowania pieniędzy na pewno nie pozostanie bez wpływu na nasz parkiet.             

Komentarze (11)
Przepis na miliony
 Oceń wpis
   

W najnowszym "Wprost" pojawił się tekst o polskich funduszach hedgingowych. Autor ubolewa nad tym, że pobierają one zbyt wysokie opłaty za zarządzanie. Chodzi o tzw. succes fee czyli opłaty od zysku sięgające 20 proc.

I rzeczywiście jeśli fundusz zarobi np. 50 proc. to z zysku skapnie mu 10 proc. Do tego dochodzi ok. 2 proc. stałej opłaty za zarządzanie pobieranej niezależnie od wyniku. W sumie taki hedge fund zabierze od aktywów 12 proc. podczas, gdy pocziwy, "normalny" funduszy akcji ściągnie 4 proc. (w polskich warunkach tyle właśnie liczą sobie firmy za zarządzanie funduszami akcji co - jak zauważa słusznie autor tekstu we Wprost - jest jednym z wyższych poziomów na świecie).

Tezą tekstu jest to, że polskie fundusze hedge oferowane przez Investors i Operę to maszynki do zarabiania pieniędzy ale przede wszystkim dla swoich akcjonariuszy. Kto jak kto ale Wprost powinien chyba pochwalać przedsiębiorczośc i pomysłowość ludzi którzy niewielkim nakładem własnych środków założyli obie wymienione firmy po czym jednocześnie dali zarobić gronu inwestorów i jeszcze sami nieźle na tym wyszli (i nadal wychodzą). To wielka sztuka w ciągu 2 lat stworzyć firmy warte kilkaset milionów złotych.

A nieszczęsne opłaty? Investors TFI w swoim funduszu Investor FIZ inkasuje 20 proc. zysku ale tylko wówczas, gdy roczna stopa zwrotu przekroczy 15 proc. Jeśli więc fundusz urośnie o 12 proc. to tylko zarobi klient. Jeśli to będzie 20 proc. wówczas odpadnie 4 proc. succes fee. Opera pobiera swoje 20 proc. od każdego zysku, stała opłata za zarządzanie wynosi tu natomiast 1,75 proc. (wobec 2 proc. w Invvestor FIZ).

Między tymi rozwiązaniami jest spora różnica. Oczywiście jeśli tak jak autor tekstu z Wprost spojrzymy na ostatnie 3 lata okaże się że giełda rosła znacznie szybciej niż 15 proc. rocznie a oba fundusze pobierały (lub prawdopodobnie pobierałyby, gdyby wcześniej działały) pokaźne opłaty od zysku. Tymczasem jeśli weźmiemy pod uwagę ostatnie 10 lat (do końca 2006 roku) wówczas okaże się że WIG rósł średnio o ok. 13,5 proc.

Jeśli więc fundusz, zaprojektowany przecież na więcej niż 3 lata hossy, deklaruje że chce zawsze zarabiać ponad 15 proc. a w razie słabszych wyników nie czuje się uprawniony do "premii" trzeba to uznać za dość uczciwe postawienie sprawy. Także model Opery broni się jeśli weźmiemy pod uwagę fakt, że standardowe fundusze pobierają swoje 4 proc. nawet wówczas, gdy pakiet kupionych przez nie akcji traci np. 20 proc. w danym roku. Wtedy taka opłata pogłębia znacząco stratę.

Oczywiście że Opera i Investors korzystają z tego że konkurencja na rynku funduszy hedge jest na razie niewielka. Być może w przyszłości będą musiały zredukować swoje apetyty. Na razie obie firmy osiągają dobre wyniki. Testem dla nich będzie okres słabszej koniunktury w którym, jako rasowe fundusze hedge, powinny bronić kapitału swoich inwestorów. Standardowe fundusze akcji, które są praktycznie "podłączone" do giełdowych indeksów nie będą miały na to większych szans.

Komentarze (11)
Zarobić na Arce
 Oceń wpis
   
Fundusze Arka to ostatnio synonim wysokich stóp zwrotu. Świetne wyniki i intensywna kampania reklamowa sprawiają że fundusze zarządzane BZ WBK AIB TFI wkrótce mogą mieć łącznie więcej pieniędzy niż najstarsze na rynku, ale mniej skuteczne w zarabianiu, Pioneer Pekao. Okazuje się jednak że dobrą markę można wykorzystać, by sprzedać coś co nie ma wiele wspólnego z sensownym inwestowaniem.
 
Mam tu na myśli polisę inwestycyjną oferowaną przez Bank Zachodni WBK w "opakowaniu" przygotowanym przez Commercial Union. Ta polisa to kolejny na rynku tzw. produkt strukturyzowany. W skrócie takie produkty konstruowane są z dwóch części: obligacji i opcji. Obligacje zapewniają bezpieczeństwo (np. gwarancję zwrotu kapitału na koniec trwania lokaty), a opcje dają szansę na dodatkowy zysk. Możliwości tworzenia produktów strukturyzowanych jest mnóstwo a wynika to z bogactwa opcji dostępnych na rynku (blisko 1000 rodzajów!). W Polsce niestety rynek tych ofert nie jest w najlepszej formie - z punktu widzenia klienta. W większości przypadków celem nie jest stworzenie rozwiązania, które da zarobić klientowi, lecz kreacja czegoś co będzie wyglądać "na oko" atrakcyjnie i przy dobrej reklamie powinno się sprzedać. W środku natomiast mamy niezbyt ciekawą inżynierią finansową.
 
W przypadku produktów strukturyzowanych bezpośrednio działa następująca zasada: im więcej chce zarobić sprzedawca (bank, ubezpieczyciel, doradca finansowy) tym gorsze parametry będzie miał produkt (mniejsze będzie prawdopodobieństwo uzyskania wysokich stóp zwrotu). Wynika to stąd, że opcje oraz wynagrodzenie dystrybutora kupowane są za pieniądze z jednego worka - z tzw. dyskonta, a więc z tego co zostanie po zakupie obligacji. W uproszeniu, jeśli ktoś chce nam zapewnić gwarancję kapitału w perspektywie 3 lat wówczas ze 100 zł, które mu powierzymy musi ok. 85 zł zainwestować w obligacje (po 3 latach ta część urośnie do 100 zł). 15 zł zostaje na zakup opcji i na prowizje. Tak się składa, że żadne przepisy nie zmuszają instytucji finansowych to pokazania jak ta kwota zostanie podzielona. Z moich obserwacji wynika że marże dystrybutorów w przypadku produktów strukturyzowanych w polskich warunkach kształtują się na poziomie przynajmniej 1,5-2 proc. za każdy rok trwania lokaty (a więc np. 6 proc. na lokacie 3-letniej). W krajach gdzie tego typu oferty mają dłuższą historię za przyzwoity poziom uznawany jest jeszcze 1 proc., a w większości przypadków zarabia się ok. 0,5 proc. rocznie.
 
Po tym przydługim wstępie przyjrzyjmy się polisie inwestycyjnej BZ WBK. Jest to lokata 3-letnia z minimalną wpłatą 5000 zł, dostępna do 24 kwietnia. Zysk na koniec będzie zależał od tego jak zachowają się fundusze Arki w tym czasie. Z czterech funduszy (Akcji, Zrównoważonego, Stabilnego Wzrostu i Ochrony Kapitału) stworzono trzy koszyki - dynamiczny, zrównoważony i konserwatywny. Jeśli ktoś dokładnie przeanalizuje ogólne warunki ubezpieczenia dowie się jak zostanie policzony zysk na koniec. W trakcie trwania lokaty każdy koszyk będzie obserwowany co miesiąc. W każdym miesiącu zostanie policzona średnia ze wszystkich wcześniejszych obserwacji. Załóżmy więc, że jeden z koszyków będzie rósł o 1 pkt proc. co miesiąc od poziomu 100 do 136 w ostatnim miesiącu. Średnia policzona w ostatnim miesiącu wyniesie więc (100+101+102+...+136) / 36 a więc 118,5. Tak działa mechanizm uśredniania (jest to tzw. opcja azjatycka).
 
Może się jednak zdarzyć np. tak, że po dwóch latach koszyk urośnie do 124, a potem jego wartość zacznie spadać. Wtedy średnia w 24. miesiącu będzie równa (100+101+...+124) / 24, a więc 112,5. Do obliczenia zysku na koniec trwania lokaty potrzebna będzie właśnie ta najwyższa średnia z notowań trzech koszyków (tzw. opcja look back). Załóżmy że będzie to właśnie 112,5 uzyskane po 24 proc. wzroście najlepszego koszyka. Inwestor dostanie na koniec zysk równy połowie tak wyliczone średniej, a więc 6,25 proc. (wskaźnik partycypacji: 50 proc.). Na pocieszenie: bez podatku Belki. Mamy więc sytuację, że najlepszy koszyk wzrósł o 24 proc. a my zarabiamy 6,25 proc. Jednocześnie mamy przedsmak tego co jest możliwe jeśli wykorzystamy odpowiednią opcję. A mianowicie: możemy inwestować na jakiś określony czas, a nasz zysk będzie uzależniony nie od tego co będzie na koniec, lecz od najwyższego poziomu osiągniętego przez dany instrument bazowy w trakcie trwania całej inwestycji. Bez większego wysiłku "łapiemy górkę". No ale nie na polisie BZ WBK - tutaj górka zostanie zrównana przez "buldożer".
 
Gdyby taka oferta była dostępna 3 lata temu, pod koniec marca 2004, wówczas na koniec marca 2007 polisa dałaby ok. 16 proc. zysku. A trzeba pamiętać, że ostatnie 3 lata to czas wyjątkowej hossy - Arka Akcji zyskał w tym czasie ok. 160 proc., Arka Zrównoważony ok. 104 proc. 14 proc. zarobił fundusz obligacji - Arka Ochrony Kapitału. I do tego poziomu zostałby sprawdzony zysk z "wyrafinowanej" polisy inwestycyjnej. Można oczywiście szukać zalet w tej ofercie. Jeśli ktoś dzisiaj zakłada bardzo dynamiczny wzrost notowań akcji, a potem gwałtowny ich spadek, to inwestując z polisą BZ WBK ma szansę złapać pewną część tej górki. Niestety bardzo niewielką część, tak jak pokazaliśmy na przykładzie. Najbardziej realny scenariusz będzie taki że polisa BZ WBK przyniesie symboliczny, kilkuprocentowy zysk na koniec trzyletniego okresu. Po co więc ta cała otoczka w funduszami Arki? Lepiej od razu wpłacić na lokatę bankową.
Komentarze (9)
"Groszowe" sprawy
 Oceń wpis
   
Kupując sto franków szwajcarskich w kantorze zapłacę średnio 239 zł i 2 grosze. Jeśli zaraz sprzedam te same franki dostanę prawie o 8 zł mniej. Kantor musi z czegoś żyć - zarabia sprzedając waluty drożej i kupując taniej. Innych źródeł zysku nie ma.

Banki, które pożyczają pieniądze na mieszkanie, zarabiają na odsetkach. Okazuje się jednak, że nie pogardzają także "mechanizmem kantorowym". Kredyt wypłacany jest po kursie kupna waluty, a raty musimy spłacać po kursie sprzedaży. Sęk w tym, że różnica między tymi kursami w bankach może być nawet trzykrotnie wyższa niż w kantorach. I każdy kto zadłuża się na pół życia we frankach szwajcarskich zobowiązuje się jednocześnie do kupowania franków od banku co miesiąc po wysokim kursie.

Średnio na rynku spread dla franka szwajcarskiego wynosi w bankach ok. 10 groszy (a kantorach ok. 7 groszy). Przykładowo: w Noble Banku różnica między kursem kupna a kursem sprzedaży szwajcarskiej waluty przekracza 18 groszy! Bank kieruje swoją ofertę do bardzo zamożnych klientów załóżmy więc, że ktoś pożycza 500 tys. zł. Ta kwota zostanie najpierw przeliczona na franki po kursie kupna. Według stanu na 13 kwietnia wyjdzie nieco ponad 225 164 franki. Rata wyliczona od tej kwoty (dla przykładowego oprocentowania 3,5 proc. i 20-letniego okresu spłaty) to 1305,86 franków. Spłacać ją trzeba po kursie sprzedaży franka (2,4027 zł) co oznacza 3167,60 zł. Gdyby nie było opisanego wyżej "kantorowego" przeliczenia wówczas rata byłaby o 237,80 zł niższa. W tym przypadku spread oznacza podwyższenie oprocentowania o ok. 0,9 pkt proc. A więc kredyt który wg. banku kosztuje 3,5 proc. w rzeczywistości generuje ratę na takim poziomie jak gdyby kosztował 4,4 proc.

Niektóre banki (np. Fortis, Deutsche Bank, Millennium czy Nykredit) pozwalają na spłatę rat kredytu bezpośrednio w walucie obcej. W efekcie można kupić odpowiednio kwotę franków, czy euro w kantorze i zanieść do banku. Co miesiąc można by w ten sposób zaoszczędzić kilka czy kilkanaście złotych.

Wątpię jednak by kredytobiorcy byli skłonni tracić czas na takie manewry. Trudno oczekiwać by banki zniosły spread (chociaż na rynku można znaleźć oferty gdzie tych widełek nie będzie). Skoro poza pobieraniem odsetek muszą zarabiać także na walutach to mogłyby chociaż dorównać do poziomu kantorów...
Komentarze (20)
1 | 2 | 3 | 4 |
Najnowsze wpisy
2010-06-25 20:15 Quo vadis struktury?
2008-11-30 11:59 Toksyczne aktywa czy błędy zarządów?
2008-11-12 15:02 Recesja to nie zawsze bessa
2008-10-24 17:28 Drżyjcie przyszli emeryci
2008-10-15 09:46 Na kryzys - gwarancja kapitału
Najnowsze komentarze
2015-02-15 09:47
wispawel12:
Drżyjcie przyszli emeryci
Nasza propozycja Nie czekaj przyjmij pomocną dłoń! Uległeś wypadkowi?Doznałeś obrażeń?Nie[...]
2014-01-06 19:31
najlepszeprezenty.com.pl:
1:0 dla Banku Pocztowego
:)
2014-01-02 12:53
inwestycje-finanse:
Quo vadis struktury?
Dodam, że na strukturach straciłem dużo. Nie polecam!
O mnie
Maciej Kossowski
Prezes firmy Wealth Solutions
Kategorie
Ogólne