Jak zarobić gdy wszyscy tracą
 Oceń wpis
   

 

Sytuacja na giełdzie prowokuje do zadawania pytania: jak zaraibiać na spadkach? Możliwości oczywiście są pod ręką – sprzedaż kontraktów terminowych na indeksy i spółki, zakup opcji put czy – to raczej w teorii niż w praktyce – krótka sprzedaż akcji. Zwracając się panicznie ku tym instrumentom, często bez odpowiedniego przygotowania, inwestorzy indywidualni mogą postąpić jak strażak który gasi pożar benzyną.

Lepszym wyjściem jest zmiana nawyków inwestycyjnych - przebudowa portfela tak, by był on zdecydowanie bardziej odporny na giełdowe tąpnięcia. Nie sztuką jest jednak przenieść swoje środki do funduszu rynku pieniężnego czy na lokatę. Chodzi o to, by zwiększyć odporność portfela (a więc zredukować jego ryzyko) bez rezygnowania z zysków, które taki portfel może przynieść. Tutaj z pomocą przychodzi nam Harry Markowitz i jego teoria efektywnego portfela inwestycyjnego. Chodzi w niej o to, by w ściśle określony sposób zbudować koszyk kilku aktywów (np. akcji kilku spółek) tak, by relacja zysku do ryzyka była optymalna. Wysokość udziałów poszczególnych elementów takiego portfela ustala się na podstawie danych historycznych – stopy zwrotu i odchylenia standardowego (miara ryzyka). Można polemizować czy taka forma ustalania składa portfela jest dobra czy zła – z pewnością jest jednak obiektywna, a nie subiektywna tak jak w przypadku funduszy inwestycyjnych. Co więcej, teoria Markowitza (i jej modyfikacje) jest stosowana w praktyce przez instytucje finansowe – przeżywa renesans.

Jak to się ma do odporności na spadki? Załóżmy, że tworzymy portfel inwestycyjny z czterech rodzajów aktywów: akcji, nieruchomości, surowców i obligacji. W naszej ocenie jest to portfel dobrze zdywersyfikowany – mamy wiele różnych "jajek" w koszyku. I rzeczywiście tak jest. Jeśli jednak policzymy korelację między poszczególnymi aktywami okaże się, że będzie ona wynosiła np. od 25 do 65 proc. Jeśli więc akcje i surowce są skorelowane na poziomie 60 proc. oznacza to, że „przeważnie” w czasie wzrostu cen akcji drożeją także surowce i odwrotnie.

Portfel byłby znacznie bardziej odporny na spadki w poszczególnych segmentach rynku (np. na giełdzie) gdyby poszczególne jego elementy były od siebie zależne w bardzo niewielkim zakresie (oznacza to współczynnik korelacji bliski 0). Skąd wziąć takie aktywa? Tutaj najczęściej niezbędna jest inżyniera finansowa, która pozwala stworzyć zupełnie nowe rozwiązania finansowe. Aktywa te mają przynosić dodatnie stopy zwrotu przy braku korelacji z czymkolwiek co inwestor może znaleźć na rynku. Takie strategie zalicza się do kategorii alfa (w przeciwieństwie do rozwiązań beta, która w mniejszym lub większym stopniu są związane z bieżącymi trendami na rynku, tak jak np. fundusze inwestycyjne). Uzupełniając swój portfel inwestycyjny o instrument nieskorelowany z całą resztą składników obniżamy ryzyko i nie rezygnujemy z zysków. Jest to więc typowy przykład darmowego lunchu.

W zagranicznych bankach inwestycyjnych sztaby ludzi szukają najlepszych sposobów na generowanie alfy. Do tego celu wykorzystuje się oczywiście „klocki” które już można znaleźć na rynkach akcji, walut, surowców itp. Ważne jest jednak, by strategie których efektem jest alfa były przejrzyste i tanie. Takie kryterium spełniają indeksy tworzone przez zagraniczne banki inwestycyjne. Metodologia ich tworzenia jest najczęściej na tyle jasna i obiektywna, że można pokazać symulowane wyniki historyczne często na wiele lat wstecz. Wystarczy poukładać elementy, które są na rynku od lat w sposób, który został z góry ustalony.

Tego typu rozwiązań na rynku jest mnóstwo. Jako prosty przykład rozwiązania z tej ktegorii może posłużyć indeks Long Short Momentum Deutsche Banku. Indeks ten opiera się na trzech klasach aktywów: akcjach, obligacjach i surowcach. Przy konstrukcji indeksu wykorzystano fakt, że na rynku najczęściej występują wyraźne trendy (wzrostowy lub spadkowy). Co miesiąc proporcje udziałów trzech składników w indeksie ustalane są na podstawie wyników za poprzednie 6 miesięcy. Za 75 proc. środków kupowany jest element który wzrósł najbardziej (np. surowce), a za 50 proc. drugi w kolejności. Zauważmy, że w tym przypadku wydajemy 125 proc. środków. „Brakujące” 25 proc. pochodzi z krótkiej sprzedaży trzeciego składnika portfela (pożyczamy np. akcje i sprzedajemy je od razu, licząc na to że później odkupimy je taniej). Co miesiąc według tej metodologii co miesiąc wymieniana jest 1/6 składu indeksu. Efektem jest rozwiązanie, które przynosiło od 1995 roku średnio 18 proc. rocznie przy zmienności na poziomie 15 proc. Są to parametry znacznie lepszy od typowych indeksów giełdowych. To tylko jeden z bardzo prostych przykładów. Na bazie tego typu indeksów coraz częściej tworzone są w Polsce lokaty strukturyzowane.

Odpowiedzią na spadki nie powinno być więc szukanie sposobów zarabiania w tej sytuacji. Ponosimy wówczas takie samo ryzyko jak obstawiając wyłącznie wzrosty. Może się okazać, że – parafrazując jedną z reklam - naciśniemy niewłaściwy guzik. Zamiast tego należy poszukać nowoczesnych rozwiązań inwestycyjnych, które jakościowo poprawią nasz portfel zwiększając jego odporność na giełdową grypę.

Komentarze (13)
Więcej funduszy hedge na polskim rynku
 Oceń wpis
   
 
Na polskim rynku do kategorii funduszy hedge zalicza się propozycje trzech towarzystw funduszy inwestycyjnych - Investors, Opera i Superfund. Listę tę należałoby rozszerzyć o wybrane lokaty strukturyzowane.
 
Na świecie fundusze hedge często mają niewiele wspólnego z funduszami inwestycyjnymi (jako formą prawną), nie mówiąc już o hedgingu rozumianym jako zabezpieczenie przed ryzykiem (np. kursowym). Tym tradycyjnym określeniem opisuje się wszelkie rozwiązania inwestycyjne, których celem jest osiąganie dodatnich stóp zwrotu w każdych warunkach. Chodzi o tzw. "zysk bezwzględny" (absolute return). Każdy fundusz hedge stawia sobie ambitne zadanie osiągania zysków np. w trakcie spadków na giełdzie, a więc w sytuacji, gdy tradycyjny fundusz akcji może się co najwyżej pochwalić, że stracił mniej niż giełdowy indeks. W tym celu fundusze hedge wykorzystują szeroki arsenał instrumentów finansowych i stosują często bardzo wyrafinowane strategie. Fundusze hedge, by mieć pełną swobodę inwestycyjną wymykają się z gorsetów nakładanych przez nadzory finansowe - często rejestrują się w tym celu w rajach podatkowych. Efektem tej zdobytej wolności jest ogromne zróżnicowanie pomysłów na zarabianie pieniędzy oraz oczywiście spektakularne sukcesy (np. fundusz Medallion Jima Simonsa) i głośne porażki (fundusz LTCM czy Amaranth).
 
Polski rynek funduszy hedge z ofertą firm wymienionych na początku wydaje się bardzo ubogi. Gwiazdą rynku jest z pewnością fundusz Investor FIZ, który pokazał, że potrafi oprzeć się spadkom na giełdzie i nadal przynosić wysokie stopy zwrotu. Nieszczególnie wiedzie się natomiast w Polsce funduszom Superfund. Sceptyczni inwestorzy mogą jednak narzekać na brak wyboru oraz na krótką historię wyników polskich podmiotów. Dla porównania wspomniany fundusz Medallion działa od 1989 roku przynosząc średnio blisko 40 proc. rocznie.
 
Na szczęście w ostatnich miesiącach oferta szeroko definiowanych „funduszy hedge” uległa poszerzeniu o niektóre lokaty strukturyzowane. Mogą one być dobrym uzupełnieniem portfela dla inwestorów, którym brakuje alternatywnych propozycji inwestycyjnych. Pod wieloma względami mają przewagę nad "tradycyjnymi" funduszami hedge. Gdzie szukać tych "nowych" propozycji? Wystarczy przyjrzeć się ofertom banków inwestycyjnych specjalizujących się w produktach strukturyzowanych. Instytucje takie jak Deutsche Bank , Societe Generale, BNP Paribas, czy JP Morgan konstruują specjalne indeksy, które w istocie są strategiami inwestycyjnymi zarządzanymi według z góry ustalonych zasad. Na polskim rynku, dla szerokiego grona odbiorców, dostępne były dotychczas dwa indeksy należące do tej kategorii: Alpha Pairs Sectors Deutsche Banku oraz New Frontier BNP Paribas.
 
New Frontier to konstrukcja oparta na notowaniach czterech aktywów - obligacji, akcji, nieruchomości i surowców. Aktywa te reprezentowane są przez osiem indeksów (m.in. S&P 500, S&P BRIC 40 czy EPRA). W ramach New Frontier co miesiąc ustalany jest udział poszczególnych indeksów w całym portfelu. W tym celu wykorzystywana jest teoria noblisty Harry'ego Markowitza - udziały poszczególnych aktywów ustalane są na podstawie optymalnej proporcji ryzyka i stopy zwrotu. Jednocześnie w ramach New Frontier istnieje możliwość zajmowania tzw. krótkich pozycji (zarabiania na spadkach) większości z ośmiu indeksów wchodzących w skład tej konstrukcji. Mamy więc koncept inwestycyjny funduszu hedge działający w sposób automatyczny, według z góry ustalonej metodologii. Dzięki temu, że zasady konstrukcji są ściśle określone, a niektóre indeksy wchodzące w skład strategii mają wieloletnią historię można pokazać historyczne wyniki New Frontier za wiele lat wstecz. BNP Paribas pokazuje historię tego indeksu aż od 1993 roku - w tym czasie przynosił on średnio ok. 9,5 proc. zysku rocznie przy relatywnie niewielkim ryzyku (roczna zmienność wyników na poziomie ok. 7,2 proc.). New Frontier był stosowany w Polsce jako podstawa dla produktów strukturyzowanych Open Finance, ING Banku Śląskiego oraz New World Alternative Investments.
 
Kolejnym przykładem "nowego" funduszu hedge jest indeks Alpha Pairs Sectors autorstwa Deutsche Banku. Od kilkunastu lat specjaliści banku szacują wartość kilkuset firm z 9 sektorów i 3 regionów (USA, Europa, Japonia). Po przeprowadzeniu wyceny wybierane jest 140 firm z których połowa ma w ocenie Deutsche Banku zbyt niską, a druga połowa zbyt wysoką wartość ekonomiczną w stosunku do ich wyceny rynkowej. Bank kupuje firmy „tanie”, by zarobić na wzroście ich notowań. Jednocześnie sprzedawane są akcje firmy „drogich” - bank dokonuje tzw. krótkiej sprzedaży, która pozwala zarabiać na spadku cen akcji. Dobór spółek dokonywany jest co miesiąc. Efekty tego złożonego procesu odzwierciedla indeks Alpha Pairs Sectors.
 
Sercem indeksu jest sam proces wyceny nazwany przez Deutsche Bank CROCI (cash return on capital invested). Chodzi w nim o to, by w jednolity i obiektywny sposób oszacować wartość firm z różnych regionów świata. Wartość ta może zależeć np. o zasad rachunkowości. Na przykład Lufthansa wlicza w koszty utrzymanie samolotów przez 12 lat, a British Airways nawet przez 25 lat. W pierwszym przypadku mamy więc zaniżenie księgowej wartości firmy, w drugim: zawyżenie. Tymczasem samoloty użytkowane są średnio przez 20 lat i taki okres amortyzacji stosuje Deutsche Bank w swoich wycenach. W analogiczny sposób, wszelkie aktywa firmy - nawet te o charakterze niematerialnym (np. marka) - wyceniane są przez Deutsche Bank według realnej wartości. W przypadku Alpha Pairs Sectors również dostępna jest wieloletnia historia wyników (strategia działa od 1996 roku. Roczny wynik indeksu to 9,7 proc. przy bardzo niskiej zmienności (niespełna 6 proc. rocznie). Indeks Alpha Pairs Sectors po raz pierwszy został wykorzystany w Polsce w lokacie Kameleon przygotowanej przez Wealth Solutions.
 
Analogicznych rozwiązań inwestycyjnych na zagranicznych rynkach jest całkiem sporo i wkrótce z pewnością trafią one do Polski. Warto zwrócić uwagę na różnice między tradycyjnymi funduszami hedge a opisanymi wyżej strategiami.
 
1. Stopa zwrotu wyższa niż indeks.
 
Indeksy typu Alpha Pairs Sectors czy New Frontier charakteryzują się niewielką zmiennością wyników w czasie. Ta zmienność jest najczęściej z góry ograniczona do poziomu 6 czy 8 proc. rocznie podczas, gdy w przypadku zwykłych indeksów giełdowych typu WIG20 jest to często ponad 30 proc. Im niższa zmienność tym oczywiście niższe ryzyko straty. Z tego faktu wynika jeszcze inna ważna cecha: wiele rodzajów opcji wystawianych na bazie tych indeksów jest relatywnie tanich, a to pozwala tworzyć produkty strukturyzowane o bardzo ciekawych parametrach. W praktyce oznacza to, że w ramach lokaty strukturyzowanej wskaźnik udziału we wzroście indeksu może być równy bądź wyższy niż 100 proc. W 4-letniej lokacie Kameleon stopa zwrotu wyniesie 1,5-krotność wzrostu indeksu Alpha Pairs Sectors. ING Bank Śląski zaoferował 100-proc. udział we wzroście indeksu New Frontier w ramach lokaty 3-letniej. Takie parametry nie byłyby możliwe do uzyskania w przypadku np. indeksu WIG20.
 
2. Niższe koszty
 
Fundusze hedge z reguły pobierają prowizje od sukcesu - jeśli stopa zwrotu przekroczy 15 czy 20 proc. w skali roku wówczas fundusz inkasuje np. 20 proc. od nadwyżki lub nawet od całego zysku. Poza tym pobierana jest stała opłata za zarządzanie rzędu 2 proc. w skali roku. Ten system jest coraz częściej krytykowany - ostatnio przez Warrena Buffeta, który określił go jako "groteskowy". W praktyce oznacza to, że fundusze inkasują bardzo wysokie opłaty za zarządzanie w dużej części dzięki temu, że na giełdzie panuje hossa, a ryzyko błędnie podjętej decyzji przez zarządzającego i tak ponosi inwestor. To rozwiązanie nie jest stosowane w wyżej opisanych indeksach. Co więcej, nie są one obciążane stałymi opłatami za zarządzanie.
 
3. "Bardziej hedge"
 
Fundusz hedge ma być z założenia inwestycją alternatywną dla funduszu akcji czy bezpośredniej inwestycji na giełdzie. Najlepiej byłoby więc, gdyby zależność między wynikami funduszu a zachowaniem giełdy była niewielka. Mierzy się to tzw. współczynnikiem korelacji. Jeśli współczynnik ten jest bliski 1 to oznacza, że fundusz hedge podąża za ogólnym trendem na rynku i nie jest specjalną alternatywą dla prostej inwestycji w akcje. Dla przykładu, korelacja między funduszem Superfund (kategoria B), a indeksem WIG w okresie od 21.12.2005 do 05.11.2007 (tak długo działa fundusz) wynosi 0,54. Jest to więc poziom dość istotny. Tymczasem korelacja między indeksem Alpha Pairs Sectors a MSCI World (indeks skupiający większość głównych indeksów giełd na świecie) wynosi tylko -0,04 (za okres od grudnia 1995 do sierpnia 2007). W praktyce więc oba indeksy nie są od siebie w żaden sposób zależne.
 
4. Brak podatku Belki
 
W polskich warunkach lokaty strukturyzowane zazwyczaj tworzone są w formie ubezpieczeń na życie. Dzięki temu możliwe jest uniknięcie podatku Belki. Jest to z pewnością duża wartość dodana - szczególnie jeśli strategia przyniesie wysoką stopę zwrotu.
 
5. Szybko na rynku
 
Uruchomienie funduszu inwestycyjnego w Polsce może zająć wiele miesięcy, tak długo trwa procedura w Komisja Nadzoru Finansowego. Strategię inwestycyjną typu New Frontier czy Alpha Pairs Sectors można zaoferować klientowi w ciągu kilku tygodni. Indeks można „opakować” w formę prawną ubezpieczenia lub lokaty bankowej, a w tym przypadku jest zdecydowanie mniej formalności.
 
6. Gwarancja kapitału
 
produkty strukturyzowane oferowane w Polsce z reguły zapewniają pełną gwarancję kapitału w określonym horyzoncie inwestycyjnym. Możliwe jest również konstruowanie lokat o częściowej np. 80-procentowej gwarancji kapitału. Dla inwestora to ważna informacja. W najgorszym wypadku bowiem na koniec okresu jego strata nie przekroczy poziomu 20 proc. Takiej gwarancji trudno szukać w funduszach hedge. W obecnych czasach po wielu latach hossy wspomniany mechanizm może się okazać dla inwestora bardzo cenny.
 
Fundusze hedge powinny stanowić istotne uzupełnienie portfela inwestycyjnego - szczególnie w niepewnych czasach, kiedy dalsze wzrosty na giełdzie stoją pod znakiem zapytania. Ważne jest jednak, by definiować je możliwie szeroko i nie ograniczać sobie możliwości wyboru. Dzięki temu do tej kategorii zostaną zakwalifikowane wybrane produkty strukturyzowane, które mają przecież ten sam cel: zysk, w każdych nawet trudnych warunkach. Co ważne, mają też możliwości by ten cel osiągać.
Komentarze (8)
Lokaty strukturyzowane lepsze od funduszy inwestycyjnych
 Oceń wpis
   

Lokaty strukturyzowane nie są konkurencją wyłącznie dla depozytów bankowych, ale przede wszystkim dla funduszy inwestycyjnych. "Struktury" mogą mieć znacznie większy potencjalny zysk i to nie tylko w trakcie wzrostów na giełdzie. Co więcej, w polskich warunkach zyski z takich inwestycji są dodatkowo zwolnione z podatku Belki.

Większość banków oferuje swoim klientom fundusze inwestycyjne oraz mniej lub bardziej typowe depozyty. Oczywiście bardziej zyskowne z punktu widzenia poziomu prowizji dla banku są fundusze - bank inkasuje opłatę dystrybucyjną oraz większą część opłaty za zarządzanie. Znacznie mniej rentowne - dla banków, ale też dla klientów - są zwykłe lokaty, na których nadal Polacy trzymają połowę swoich oszczędności. Nie wszyscy klienci skłonni są przenieść pieniądze do funduszy akcji czy stabilnego wzrostu - głównie z uwagi na swoją niską skłonność do ryzyka. W efekcie banki coraz częściej wprowadzają produkty strukturyzowane jako coś w rodzaju "lokaty bankowej z dopalaczem". Inwestorzy chętnie zamieniają "pewne 4 proc. rocznie" na „możliwe do osiągnięcia 10 proc. przy gwarancji zachowania kapitału”.

Jeden z banków pochwalił sie ostatnio wynikami swojej 2-letniej lokaty strukturyzowanej - przyniosła 12 proc. zysku, a więc ok. 6 proc. rocznie. To oczywiście nieco więcej niż na zwykłej lokacie bankowej. Warto jednak dodać, że lokata opierała się rynek akcji, a dokładnie o indeksy akcji europejskich, japońskich i amerykańskich. Ostatnie 2 lata to - mimo wakacyjnej przerwy - okres wzrostów na giełdach. W przypadku omawianego produktu udział we wzroście indeksów był okrojony w efekcie klienci uzyskali rentowność na poziomie nieco wyższym niż na lokacie. Mówiąc obrazowo: bank zainstalował silnik ferrari w dużym fiacie, a następnie pochwalił się zwycięstwem w rajdzie "weteranów szos".

Lokaty strukturyzowane nie potrzebują taryfy ulgowej, jaką jest zestawianie ich z depozytami bankowymi. Pod warunkiem oczywiście, że zostaną dobrze skonstruowane, a klienci uzyskają pełną informację, a nie tylko przekaz o „lokacie z dopalaczem”. Dla przykładu, inwestycja w akcje powinna mieć horyzont 4-5 letni. I takie właśnie "struktury" można opierać na indeksach giełdowych. Nie trzeba wówczas obcinać udziału inwestora we wzroście akcji - może on zarobić tyle ile zyska np. WIG20 czy S&P 500. Być może nie uda się wówczas utrzymać 100 proc. gwarancji kapitału, a jedynie 90-procentową (maksymalna strata to 10 proc.). Czy mimo to nie jest to jednak rozwiązanie lepsze od funduszu akcji? Taki fundusz co roku obciąża aktywa opłatą za zarządzanie, co utrudnia mu pokonanie indeksu giełdowego. Dodatkowo fundusz - nawet najbardziej agresywny - musi utrzymywać część swoich aktywów poza giełdą. Jest to konieczne do realizacji bieżących wypłat na rzecz klientów. W przypadku „struktury” mamy proste uzależnienie wyniki od indeksu giełdowego. Może to być zależność 1:1, ale – przy odpowiedniej konstrukcji produktu – możemy także zarabiać np. 1,5-krotność wzrostu indeksu. Nie ponosimy ryzyka, że osoba zarządzająca naszymi pieniędzmi błędnie oceni sytuację na rynku i np. kupi więcej obligacji niż akcji. A to dlatego, że takie osoby nie ma i być nie musi.

Wśród inwestorów pokutuje też przekonanie, że inwestycja w lokatę strukturyzowaną oznacza zamrożenie pieniędzy na określony czas. Nic bardziej mylnego. Lokaty strukturyzowane mogą i powinny być inwestycją płynną. Nie ma żadnych obiektywnych powodów do tego, by klient mógł w każdej chwili wycofać swoje środki po aktualnej rynkowej wartości lokaty. W praktyce oznacza to wartość obligacji oraz opcji, z których taka lokata się składa. Jest wówczas szansa na realizacją zysku przed zakończeniem inwestycji.

Praktyka jest jednak często inna - instytucje finansowe chętnie odbierają klientom możliwość decydowania o swoich pieniądzach w trakcie trwania lokaty. Skoro klienci są przyzwyczajeni do zamrażania środków na depozytach, czemu nie mieliby się na to zgodzić ponownie, gdy jest szansa na wyższy zysk? Jest to więc wykorzystywanie niewiedzy klientów, którzy powinni się domagać płynności strukturyzowanych inwestycji.

"Struktury" mogą z powodzeniem konkurować z funduszami. Można jednak przytoczyć kilka dodatkowych argumentów na poparcie tezy, że lokaty strukturyzowane mają nad funduszami przewagę.

1. Większe możliwości inwestycyjne

Fundusze są najczęściej lepszym lub gorszym odbiciem indeksów giełdowych ewentualnie mieszaną indeksów i papierów dłużnych. Na większości tych indeksów można opierać lokaty strukturyzowane (na zasadach opisanych powyżej). Bogactwo rozwiązań inwestycyjnych w przypadku struktur jest jednak znacznie większe. Może to być na przykład możliwość zarabiania na spadkach cen akcji (w sposób automatyczny i bezpośredni a nie "hipotetyczny", gdy zarządzający funduszem uzna, że „już czas”) czy też oparcia wyniku lokaty o instrumenty niedostępne dla inwestora na danym rynku.

Dobrym przykładem jest złoto. Ceny złota rosną dynamicznie od kilkunastu miesięcy, a systematycznie od dobrych kilku lat. Sęk w tym, że niewielu inwestorów faktycznie na tym zyskało - złoto notowane jest w dolarach, a kurs amerykańskiej waluty do złotego systematycznie spada niwelując znaczną część zysków ze wzrostu ceny złota.

Dodatkowo, dostępność instrumentów pozwalających zarabiać na złocie jest niewielka - można je znaleźć w kilku biurach maklerskich. Tymczasem na złocie można bez większych problemów oprzeć lokatę strukturyzowaną. Co ważne, może to być lokata w złotówkach. W takiej sytuacji nie interesuje nas ryzyko kursowe, a jedynie procentowe zmiany ceny złota. Możliwości inwestycyjnych jest mnóstwo. Pod względem wykorzystania potencjalnych rozwiązań polski rynek nie odbiega już znacząco od rynków Europy Zachodniej - zagraniczne banki specjalizujące się w "strukturach" takie jak BNP Paribas, Societe Generale czy Deutsche Bank są u nas bardzo aktywne i promują swoje zaawansowane rozwiązania. Problemem może być tylko ich praktyczne wykorzystanie przez polskich dystrybutorów. A dla nich punktem widzenie jest poziom prowizji oraz konieczność dopasowanie się do preferencji „przeciętnego klienta”, który - zdaniem banków – potrzebuje „lokaty z dopalaczem”.

2. Potencjalnie niższe koszty

Lokata strukturyzowana to automat - tworzy się tylko raz i w tym momencie wiemy już w jaki sposób będzie policzony zysk na koniec inwestycji. Niewiadomą jest tylko zachowanie rynku finansowego i aktywów, na których produkt jest oparty. To sprawia, że taka lokata może i powinna być obarczona znacznie niższymi prowizjami niż aktywnie zarządzany fundusz inwestycyjny. I w praktyce najczęściej tak jest.

Nawet w polskich warunkach łączne koszty w większości lokat strukturyzowanych są znacznie niższe niż w funduszach. Problem w tym, że koszty te nie są otwarcie prezentowane klientom. To budzi podejrzenia inwestorów, a dla części instytucji jest pretekstem do naliczenia zdecydowanie zbyt wysokich marż. Nic nie stoi jednak na przeszkodzie, by np. 5-letnia lokata strukturyzowana obarczona była łącznym kosztem rzędu 5 proc. podczas, gdy w tym samym czasie fundusz akcji może pobrać np. 25 proc. (opłata dystrybucyjna, za zarządzanie).

3. Brak podatku Belki

Lokaty strukturyzowane często oferowane są w Polsce w "opakowaniu" ubezpieczeniowym. W takiej sytuacji środki wpłacane przez klienta to składka, a ewentualny zysk to świadczenie ubezpieczeniowe, które jest wolne od podatku. Klienci przyzwyczajeni są do innego typu polis - oferowanych przez firmy takiej jak Aegon czy Skandia "supermarketów" funduszy inwestycyjnych opakowanych w ubezpieczenie. W tym przypadku mamy do czynienia z tzw. ubezpieczeniowymi funduszami kapitałowymi (UFK), które są opodatkowane na podobnej zasadzie jak zwykłe fundusze inwestycyjne.

W "strukturach" wykorzystywana jest inna forma ubezpieczenia - nie mamy tutaj do czynienie z UFK, a zysk z inwestycji obliczany jest według z góry ustalonego wzoru. Być może w najbliższym czasie podatek Belki zostanie zniesiony. Nie oznacza to oczywiście końca lokat strukturyzowanych - mogą one być oferowane w formie lokat bankowych, obligacji giełdowych czy zamkniętych funduszy inwestycyjnych. "opakowań" jest wiele, znacznie ważniejsza zawartość, a ta obroni sie także przy braku przywilejów podatkowych - tak jest na większości rozwiniętych rynków finansowych.

W lokatach strukturyzowanych tkwi ogromny potencjał, który może być wykorzystany z korzyścią dla klientów. Produkty te są efektem ewolucji rynku finansowego i pod wieloma względami przewyższają rozwiązania „poprzedniej generacji”. Najważniejsze jest jednak to, by instytucja finansowe dojrzały do tego, by wykorzystać wszystkie dostępne możliwości z pożytkiem dla inwestorów.

Komentarze (8)
Transfer majątku
 Oceń wpis
   
Moja znajoma skorzystała ostatnio z pomocy doradcy finansowego. Chciała zainwestować pokaźną kwotę – kilkaset tysięcy złotych. Doradca niczym nie zaskoczył (przynajmniej mnie). Wyjął z szuflady produkt firmy X – fundusze inwestycyjne opakowane w formę ubezpieczenia.
To jeszcze nic strasznego – wszystko jest dla ludzi. O ile wiedzą co kupują. Niestety doradca pokusił się też o symulację zysków z inwestycji zakładając roczną stopę zwrotu na poziomie 17 proc. Mając takie założenie doradca zachęcił do zaciągnięcia wysokiego kredytu hipotecznego na zakup mieszkania – „zysk z inwestycji będzie wyższy niż oprocentowanie kredytu, a mieszkanie to świetna inwestycja”.
Wszystko ładnie wygląda w teorii. WIG20 od początku notowań (kwiecień 1994) zyskał ok. 280 proc. Mniej więcej tyle samo wzrósł również w ciągu ostatnich sześciu lat. Przeciętna stopa zwrotu z tego indeksu za ostatnie kilkanaście lat to ok. 11 proc. rocznie. Jednocześnie w ciągu ostatnich kilku lat indeks ten rósł ponadprzeciętnie szybko. Oczywiście w długim terminie pewnie osiągnie tempo większości światowych giełd, a więc 10-12 proc. rocznie. W najbliższych latach ma jednak święte prawo odpocząć po sprincie – kiedyś trzeba będzie zrównać w dół do średniej.
Tymczasem techniki sprzedaży produktów finansowych się nie zmieniają. Nadal pokazuje się klientom tani kredyt i wysokie stopy zwrotu. Problem w tym, że okres 20 czy 30 lat w którym te matematyczne zależności rzeczywiście się spełniają to dla klientów zupełna abstrakcja. Bardziej realne są najbliższe 2 czy 3 lata kiedy to kredyt będzie kosztować zapewne coraz więcej (stopy procentowe rosną), a zyski z inwestycji w akcje czy instrumenty na nich oparte stoją pod dużym znakiem zapytania.
Wrócę jeszcze na chwilę do 17 proc. „obiecywanych” przez doradcę. Należy tu jeszcze uwzględnić dodatkową opłatę za zarządzanie pobieraną przez firmę ubezpieczeniową. Najczęściej jest to 2 lub 3 proc. chociaż może być także ponad 4 proc. Ta opłata gdzieś nam umyka, gdy fundusze inwestycyjne przynoszą 30 czy 40 proc. zysku rocznie. Z pewnością ją jednak zauważymy, gdy stopy zwrotu staną się jednocyfrowe lub ujemne.
Teoria łączenia kredytu z długoterminowym inwestowaniem jest jak najbardziej słuszna. Trzeba ją jednak konstruować w oparciu o możliwie tanie rozwiązania – każdy punkt procentowy stopy zwrotu stwarza ryzyko, że zarobimy mniej niż płacimy za kredyt. Nie jest bowiem tak, jak zakłada doradca finansowy, że giełda na dłuższą metę daje 17 proc.
Najważniejsze jednak, by tego typu konstrukcja finansowa była dopasowana do sytuacji klienta. Pół biedy jeśli ktoś zarabia 15 tys. miesięcznie – może poczekać na wysokie zyski z inwestycji i na bieżąco płacić raty. W ten sposób przesuwa część swojej konsumpcji w przyszłość – nie jest to jednak część znacząca. Gorzej, gdy dochody są niskie. Wtedy relacja między kosztem kredytu a zyskiem z inwestycji (pierwsze niższe od drugiego) powinna się utrzymywać bez większych przerw przez cały czas. W obecnej sytuacja jest to bardzo mało realne.
Efektem skorzystania z pomocy doradcy w przypadku mojej znajomej byłoby pozbycie się pokaźnego kapitału – zostałby on zainwestowany na długi termin, a wycofanie środków wiązałoby się ze znaczącymi opłatami. Kredyt to oczywiście relatywnie wysokie raty, które dochód z wynajmu pokryje w najlepszym przypadku w 2/3. Ewentualny wzrost wartości nieruchomości zostałby zainkasowany po latach. Moja znajoma pogorszyłaby znacznie swoją bieżącą sytuację finansową mając nadzieję na jej poprawę w „długim terminie”. Natomiast doradca finansowy poprawiłby zdecydowanie aktualny stan swojego portfela (prowizja). Obawiam się jednak, że nie byłby to z jego strony krok w kierunku długoterminowej relacji z klientką.
Komentarze (11)
Portfel lokalny
 Oceń wpis
   

 

Dlaczego zapaść na rynku ryzykownych kredytów hipotecznych w USA powoduje załamanie na warszawskiej giełdzie? Czy któryś z naszych funduszy hedge poległ na inwestycjach w ten segment rynku? Czy padł jakiś bank? W sektorze bankowym nadal mamy nadpłynność. NBP nie musi ratować banków zastrzykami gotówki tak jak EBC czy kilka innych banków centralnych.

No tak, oczywiście - kryzys na rynku nieruchomości w USA to przecież w efekcie mniej pieniędzy wydanych przez Amerykanów na konsumpcję (od lat traktują swoje domy jak bankomaty ale ostatnio coś się zacięło). Na apetycie konsumpcyjnym Amerykanów "wisi" wiele światowych gospodarek - przede wszystkim chińska. Stąd analitycy powtarzają regularnie medyczny bon mot, że kichnięcie USA to grypa w wielu innych krajach.

Ciąg logiczny oczywiście można ułożyć bez większych problemów. Sęk w tym, że głównym partnerem gospodarczym Polski nie są Stany, lecz Niemcy (tam gospodarka też co prawda zwalnia ale nie w takim tempie jak amerykańska). Sytuacja gospodarcza Polski jest nadal bardzo dobra. Na przykład w czwartek 10 sierpnia - w przeddzień "czarnego piątku na GPW - GUS podał, że średnie miesięcznie wynagrodzenie w II kwartale wzrosło w relacji do analogicznego okresu w ubiegłym roku o 8,9 proc. Był to wynik powyżej oczekiwań. Namacalny dowód na to, że można oczekiwać wzrostu wydatków konsumpcyjnych Polaków. Ważniejszą informacją tego dnia były jednak kłopoty BNP Paribas z funduszami hedge, a dane GUS zostały zinterpretowane jako zwiększające szasnę na kolejne podwyżki stóp procentowych. Każdy kij ma zawsze dwa końce.

Oczywiście powyższe dywagacje mają dość naiwny charaketr - wiadomo, że giełdy na świecie stanową system coraz silniej połączonych naczyń. Na przykład korelacja między indeksem WIG20 a S&P 500 (odpowiednio: 20 i 500 największych spółek giełdowych w Polsce i USA) wynosi ok. 0,6. To jest bardzo wysoki poziom, który podczas spadków dodatkowo się podwyższa. Dlaczego tak się dzieje? "Winny" jest temu coraz szybszy obieg informacji oraz komentarzy do nich. Polski inwestor bardzo szybko dowiaduje się na przykład, że wskaźnik aktywności gospodarczej w okolicach Chicago był niższy/wyższy od "oczekiwań". Taki inwestor oczywiście uznaje to za bardzo istotną informację i reaguje.

Wskaźników jest mnóstwo, bardzo często ich odczyty są sprzeczne - nie da się na ich podstawie wyciągnąć wniosków np. co do ogólnej sytuacji na danym rynku. Na przykład w czerwcu pozytywnie zaskoczył wszystkich 5-procentowy, najwyższy o 3 lat, wzrost indeksu opisującego liczbę spodziewanych transakcji sprzedaży domów (Pending Home Sales Index). Tego typu dane stoją w sprzeczności z powszechną świadomością o tym, że na amerykańskim rynku nieruchomości jest bardzo źle i będzie coraz gorzej.

Fakt jest faktem i mamy giełdę, która w mniejszym stopniu zależy od tego co się dzieje na naszym podwórku. Rządzą nią globalne "niusy", coraz obficiej komentowane lokalnie. To przekłada się na bardzo słabą przewidywalność sytuacji na parkiecie. Ciekawy tekst na ten temat pojawił się ostatnio we Wprost. Jednym z przykładów nieprzewidywalności giełdy jest Wigometr - rodzaj zbiorowej "prognozy pogody" na parkiecie na najbliższy tydzień. Mimo, że prognozują profesjonaliści, okazuje się, że skuteczność ich przewidywań jest zerowa, a rozkład trafień losowy.

Indywidualny inwestor ma jedną bardzo skuteczną broń do walki z nieprzewidywalnością rynku. Ta broń to cierpliwość. Jak powtarzają wszelkiej maści dorady finansowi, giełda w długim okresie przynosi wyższe stopy zwrotu niż np. obligacje czy inne aktywa. Te długoterminowe stopy na rozwiniętych rynkach kształtują się na poziomie 10-12 proc. rocznie. Problem w tym, że mało kto tyle zarabia. Podejście "wpłacić i zapomnieć" jest - moim zdaniem - obce ludzkiej naturze. No chyba że weźmiemy pod uwagę osoby z zaburzeniami pamięci.

Większość z nas po prostu obserwuje losy swoich giełdowych czy funduszowych oszczędności i co pewien czas wykonuje jakieś posunięcia. I wtedy najczęściej tracimy. Z jednej strony mamy więc długoterminowe wyniki indeksów giełdowych (10-12 proc.), a z drugiej nasze "prywatne" wyniki inwestycyjne - z reguły na dłuższą metę znacznie niższe. Wiele osób, które zaczęły swoją przygodę z giełdą 2 czy 3 lata temu pewnie zaśmieje się w głos. Radzę jednak rozpocząć podsumowywanie swoich giełdowych osiągnięć po 10 czy 15 latach.

Czy można uwolnić się od globalizacji w inwestowaniu? Tak. Jest rynek, którego podstawową cechą jest lokalność. To nieruchomości. W USA jest kryzys, w Polsce wziąż jeszcze hossa - jedno z drugim ma niewiele wspólnego. Na rynku nieruchomości trudno spekulować, chociaż w rozwiniętych i bogatych społeczeństwa to także dzieje się na dużą skalę. Tak czy inaczej bardzo wiele zależy tutaj od - nomen omen - fundamentów. W Polsce brakuje mieszkań, brakuje przygotowanych pod inwestycje gruntów, rośnie dostępność kredytów i dochody ludności - mieszkania drożeją. Jeśli zaczną tanieć to też nie w jakiś wtorek czy piątek, lecz stopniowo. Wynika to oczywiście ze specyfiki obrotu nieruchomościami - nie sprzedaje się ich w kilka sekund, kilkoma kliknięciami myszki.

Przy tej okazji warto wspomnieć o tym, że nieruchomości w ostatnich kilku latach próbuje się "pożenić" z giełdą. Różnie to wychodzi. Ogromną popularność zyskują sobie konstrukcje prawne o nazwie Real Estate Investment Trusts (REIT, czyt. rit). To spółki giełdowe których jedynym zadaniem jest kupowanie biurowców, mieszkań czy centrów handlowych, a następnie wypłacanie w postaci dywidendy zdecydowanej większości dochodów uzyskiwanych z wynajmu tych obiektów. Akcje REIT-ów są oczywiście notowane. Sęk w tym, że zachowują się jak typowe spółki giełdowe a nie jest stabilne portfele konkretnych obiektów.

Na przykład kursy austriackich firm silnie zaangażowanych w nieruchomości regionu Europy Środkowo-Wschodniej (np. Immofinanz, Immoeast, CA Immo) w ciągu 2-3 miesięcy przed wakacjami potraciły po 15-20 proc. Czyżby jakis krach na rynku nieruchomości Bułgarii czy Rumunii? Nic z tych rzeczy. Witamy na giełdzie.

Nieco inaczej może wyglądać inwestowanie w nieruchomości z wykorzystaniem zamkniętych funduszy inwestycyjnych. Takie fundusze również kupują określone obiekty. Ich certyfikaty są jednak regularnie, najczęściej co miesiąc, wyceniane na podstawie wartości portfela. Inna sprawa, że rzeczywistą wartość można poznać dopiero wtedy, gdy dany obiekt zostanie sprzedany. Tak czy inaczej, jesteśmy już bliżej realnej wartości obiektów. Oczywiście same certyfikaty są jednocześnie notowane na giełdzie a tam już ceny są zupełnie oderwane od "księgowej" wyceny - zwracała na to uwagę kilkakrotnie firma Analizy Online. Tymi cenami posiadacz certyfikatów może się jednak nie przejmować. No chyba, że chce wyjść z inwestycji.

Podsumowując, geograficzna dywersyfikacja portfela - jak najbardziej. To jednak nie wystarczy. Mając w portfelu akcje amerykańskie, japońskie, brazylijskie i polskie wcale nie minimalizujemy znacząco ryzyka przejściowych strat. Należy uzupełniać portfel o aktywa nieskorelowane z giełdą - fundusze hedge czy lokaty strukturyzowane. I oczywiście nieruchomości - jedyną formę lokaty kapitału, które opiera się globalizacji.

Komentarze (15)
5 mitów na temat lokat strukturyzowanych
 Oceń wpis
   

 

Na polskim rynku coraz większą popularność zdobywają tzw. lokaty strukturyzowane. To kolejna obok funduszy inwestycyjnych czy depozytów bankowych forma lokowania oszczędności. W Europie Zachodniej w „strukturach” jest już prawie 600 mld euro. W Polsce rynek dopiero raczkuje. Jak każdy produkt finansowy lokaty strukturyzowane mają swoje "tajemnice". Warto je poznać, by przygotować się na prawdziwy wysyp tego typu ofert, który czeka nas po wakacjach.

Lokata strukturyzowana to połączenie dwóch elementów: obligacji i opcji. Dzięki zastosowaniu obligacji inwestor ma pewność odzyskania zainwestowanego kapitału (lub też jego znacznej, z góry określonej, części) po zakończeniu inwestycji. Opcja jest formą zakładu o to jak zachowa się dany instrument finansowy (np. indeks giełdowy czy cena akcji) w przyszłości. W uproszczeniu opcja działa następująco: płacąc dzisiaj 10 zł mam szansę zarobić np. 50 zł za 3 lata, ale mogę też zyskać mniej lub nawet stracić swoje 10 zł.

Jak łączy się opcję o obligacje? Załóżmy, że chcemy stworzyć lokatę 3-letnią, która zapewnia gwarancję kapitału (po 3 latach zwrot wpłaconych środków) ale daje też szansę na zysk. By zagwarantować inwestorowi zwrot oszczędności po 3 latach należy dzisiaj zainwestować w obligacje ok. 85 ze 100 zł wpłaconych na lokatę strukturyzowaną. Zostaje więc 15 zł, za które można kupić opcję.

Mit 1. Lokaty strukturyzowane to inwestycja dla ostrożnych - dają zarobić maksymalnie kilkanaście procent rocznie przy zachowaniu gwarancji kapitału.

Nie ma takiej reguły. Lokata strukturyzowana może być inwestycją o znacznie większym potencjale zysku niż np. fundusz akcji. Wszystko zależy od tego jak zostanie skonstruowana. Jeśli inwestor chce mieć pewność zwrotu kapitału po 2 latach i jednocześnie szansę na 100 czy 200 proc. zysku będzie to oczywiście mało realne. Jeśli natomiast zaakceptuje możliwość straty np. 10 proc. kapitału i jednocześnie ulokuje środki na 4 czy 5 lat wówczas możliwości są znacznie większe. Dzięki obniżeniu poziomu gwarantowanego kapitału i wydłużeniu okresu inwestycji zwiększa się kwota, za którą bank może kupić opcję. Im droższa opcja tym większa szansa na wysoką stopę zwrotu.

Dobrym przykładem jest polisa inwestycyjna Expander Top Nieruchomości, gdzie w okresie 5-letnim zaoferowana została gwarancja kapitału na poziomie 90 proc. Dzięki temu kwota na zakup opcji była na tyle wysoka, że możliwe było skonstruowanie bardzo ciekawego mechanizmu „mrożenia” najwyższych stóp zwrotu osiągniętych w całym okresie trwania lokaty. W tym przypadku inwestycję oparto o indeksy europejskich i japońskich spółek z branży nieruchomości. Jeśli indeksy te wzrosną np. po 2 latach o 40 proc., a potem do końca trwania lokaty będą spadać inwestor ma gwarancję zachowania do końca zysku na poziomie 40 proc. – najwyższej osiągniętej stopy zwrotu. Tego typu mechanizm oczywiście znacząco zwiększa szansę na osiągnięcie wysokiego zysku na zakończenie lokaty.

W ekstremalnym przypadku lokata strukturyzowana może składać się z samych opcji i nie zapewniać żadnej gwarancji kapitału. Zbliżamy się wówczas do hazardu: można stracić wszystko lub zyskać wielokrotnie więcej niż zaangażowany kapitał.

Mit 2. Jeśli zysk z lokaty strukturyzowanej zależy od jakiegoś indeksu giełdowego to na pewno ten zysk będzie niższy niż wzrost indeksu. A to, dlatego że gwarancja kapitału kosztuje i bank musi to sobie odrobić „obcinając” zysk.

Nie ma takich ograniczeń. Oczywiście jeśli ktoś chce mieć pewność, że na krótkoterminowej lokacie zarobi tyle o ile wzrośnie w tym czasie WIG20 przy jednoczesnej gwarancji kapitału to jest to niewykonalne. Gdyby jednak taka lokata została założona np. na 7 lat wówczas byłoby to możliwe, a być może zysk mógłby wynieść nawet więcej niż stopa zwrotu z indeksu w tym czasie.

W polskich realiach dominują lokaty krótko- i średnioterminowe dlatego z reguły mamy do czynienia z „obcinaniem” zysku. Są jednak wyjątki. Na przykład w większości funduszy zamkniętych KBC TFI (to nic innego jak właśnie produkty strukturyzowane) wskaźnik udziału w zmianie danego indeksu wynosi z reguły przynajmniej 100 proc. Na przykład w funduszu KBC Europejski FIZ inwestor po 5 latach uzyska 110 proc. wzrostu wartości koszyka 30 europejskich spółek przy jednoczesnej gwarancji kapitału.

Mit 3. Z lokaty strukturyzowanej nie można wycofać pieniędzy przed terminem a jeśli jest to możliwe to wiąże się z wysokimi kosztami.

Wszystko zależy od konstrukcji oferty. Lokata strukturyzowana składa się z obligacji i opcji. Inwestor wypłacając wcześniej pieniądze powinien więc dostać ekwiwalent rynkowej wartości obu tych instrumentów. Obecnie w wielu ofertach tak to właśnie wygląda. Do niedawna większość lokat strukturyzowanych - szczególnie tych oferowanych w formie polis na życie - miała wbudowane opłaty karne za przedterminową wypłatę. Jednocześnie kwota jaką otrzymywał inwestor nie była w żaden sposób zależna od faktycznej wartości wspomnianych instrumentów finansowych ale kalkulowana jako początkowa składka pomniejszona o prowizję (często rzędu przynajmniej kilkunastu procent). Takie rozwiązanie jest oczywiście krzywdzące dla inwestora, który wpłacając środki kupił pośrednio obligacje łącznie z opcją i powinien móc odzyskać ich równowartość w razie przedterminowej wypłaty. Na szczęście w coraz większej liczbie nowych ofert – także „opakowanych” w polisę - oddaje się już inwestorowi wartość obligacji i opcji.

Mechanizm jest więc prawidłowy jednak jest to mało komfortowe rozwiązanie dla instytucji finansowych. Problem pojawia się wtedy, gdy doradca finansowy czy pracownik banku chce wytłumaczyć dociekliwemu klientowi na jaką kwotę będzie mógł liczyć wycofując środki przed terminem. Słowem: czy gdy indeks na którym oparta jest lokata wzrośnie o 30 proc. w ciągu roku to czy będzie można z takim zyskiem wycofać środki? Osobom kontaktującym się z klientami z reguły brakuje wiedzy, by dokładnie to dokładnie wyjaśnić.

Inwestor powinien odzyskać wartość obligacji oraz wartość opcji. Wartość obligacji można wyliczyć lub oszacować w dosyć prosty sposób –drożeje ona mniej więcej liniowo do poziomu 100 na koniec trwania inwestycji (lub do innego poziomu jeśli gwarantowany jest kapitał na niższym poziomie). A więc w dwuletniej lokacie gdzie na obligacje przeznaczono 90 ze 100 zł obligacja będzie po roku warta mniej więcej 95 zł.

Wartość opcji zmienia się w bardziej złożony sposób. Jeśli lokata strukturyzowana ma dawać zysk w miarę wzrostu jakiegoś indeksu wówczas ten wzrost będzie podnosił także wartość opcji. Pojawia się wówczas tzw. wartość wewnętrzna opcji. Poza tą wartością, wynikającą z faktu, że sprawdza się scenariusz który obstawiliśmy, opcja ma także tzw. wartość czasową. Jest ona wycenionym w pieniędzy prawdopodobieństwem, że dany scenariusz nadal będzie realizowany – np. że dany indeks nadal będzie drożał. Przy czym wartość czasowa z reguły jest znacznie niższa niż wewnętrzna.

W trakcie trwania inwestycji może więc dojść do sytuacji, że inwestor będzie miał do zrealizowania znaczący zysk dzięki temu, że dany indeks gwałtownie wzrośnie. Mimo więc, że obligacja nie osiągnie jeszcze wartości końcowej (zamiast 100 będzie np. warta 95 zł) opłacalne będzie wycofanie się z inwestycji wcześniej.

Mit 4. Lokata strukturyzowana musi być skomplikowana, bo składa się ze "skomplikowanych opcji".

Wiele lokat ma rzeczywiście dość złożone konstrukcje. Finalne stopy zwrotu wyliczane są wg rozbudowanych wzorów co może zniechęcać inwestorów. W praktyce klienci opierają się więc na uproszczonych analizach prezentowanych przez pracowników instytucji finansowych. Często te uproszczenia są zbyt daleko idące i w efekcie inwestor kupuje nie taki produkt jak mu się wydawało.

Najczęstszym mechanizmem stosowanym w lokatach strukturyzowanych jest tzw. opcja azjatycka, którą można też określić jako uśrednianie. Załóżmy, że mamy 3-letnią lokatę opartą na indeksie WIG20. W czasie trwania lokaty indeks rośnie np. o 50 proc. Czy tyle zarobi inwestor? Jeśli zastosowana zostanie opcja azjatycka, zysk będzie policzony jako średnia z wartości tego indeksu w określonych dniach. Gdyby były to ostatnie dni poszczególnych kwartałów wówczas będzie to 12 obserwacji. Po takim uśrednieniu może się okazać, że klient zarobił jedynie 30 proc., podczas gdy indeks zyskał wspomniane 50 proc.

Dodatkowo, stosowany może być tzw. wskaźnik partycypacji, a więc udziału w zysku.  Gdyby w tym przypadku wyniósł on 0,7 wówczas finalna stopa zwrotu z takiej lokaty wyniesie 0,7 x 30 proc. czyli 21 proc. W efekcie, mimo wzrostu indeksu WIG20 o 50 proc., inwestor zarabia jedynie 21 proc. Dobrym przykładem jest tutaj fundusz GE Money Zabezpieczonej Inwestycji Max z Ochroną Kapitału. Zastosowano tam uśrednianie kwartalne oraz wskaźnik partycypacji, który ma wynieść od 50 do 100 proc. (zostanie to ustalone po zakończeniu przyjmowania wpłat we wrześniu tego roku).

Przy okazji warto zwrócić uwagę, że wskaźnik partycypacji nie jest z góry określony, lecz podany w przedziale (w tym przypadku bardzo szerokim). To kolejne bardzo często spotykane rozwiązanie. Wynika to stąd, że instytucja finansowa która zbiera pieniądze w ramach lokaty strukturyzowanej nigdy nie wie dokładnie ile będzie kosztować opcja w momencie jej zakupu, a więc po zakończeniu subskrypcji. W efekcie inwestor nie wie zatem jakie parametry będzie miała jego inwestycja - ryzyko związane ze zmiennością cen opcji jest przerzucane na klienta. Wyjściem z tej sytuacji jest ustalenie partycypacji na z góry określonym poziomie. Zmiennym parametrem musi być wówczas poziom wynagrodzenia instytucji finansowej wbudowanego w lokatę. Z oczywistych względów jest to rozwiązanie stosowane bardzo rzadko. Przykładem jego zastosowania są fundusze z serii FreeProfit oferowane przez Fortis Bank.

Jak widać nic nie stoi więc na przeszkodzie, by lokata strukturyzowana była banalnie prosta i działała np. według zasady, że po jej zakończeniu inwestor dostanie dokładnie tyle o ile wzrośnie dany indeks giełdowy czy cena akcji. Stosuje się wówczas tzw. opcję europejską, której cena jest oczywiście wyższa niż azjatyckiej. Należy sobie zdawać sprawę, że wszelkie dodatkowe komplikacje stosowane przez banki służą z reguły temu, by obniżyć cenę opcji (czytaj: zmniejszyć potencjał zysku inwestycji). Częściowo „winni” są temu klienci, którzy oczekują, że na krótkoterminowej lokacie będą w stanie uzyskać jednocześnie gwarancję kapitału i szansę na bardzo wysoki zysk.

Mit 5. Bank nie pobiera prowizji od wpłaty na lokatę strukturyzowaną więc jego zyskiem pewnie będzie to co „obetnie” z mojego zysku – zamiast zarobić 50 proc. zarobię np. 40 proc.

„Struktury” działają zupełnie inaczej. Prowizja jest wbudowana w samą lokatę. Wróćmy do przykładu opisanego na wstępie, kiedy to stworzyliśmy lokatę 3-letnią o gwarantowanym kapitale. Na opcję można było wówczas wydać 15 zł (85 zł poszło na obligację). Właśnie z tej kwoty potrącona zostanie prowizja. Co ciekawe, inwestor nie wie w jakiej proporcji wspomniana kwota dzielona jest na prowizję dystrybutora i opcję. Żadne przepisy nie nakazują bowiem prezentowania elementów składowych „struktury”.

Poziom kosztów oczywiście wypływa jednak na parametry inwestycji. Jeśli opcja kupiona zostanie za 10 zł (5 zł to prowizja) wówczas potencjał zysku będzie niższy niż wówczas, gdyby prowizja wyniosła 2 zł a 13 zł zostało przeznaczone na opcję. W sytuacji, gdy kolejne lokaty wprowadzane na rynek są niepowtarzalne inwestor nie ma jednak szansy porównać wpływu kosztów na parametry oferty. Byłoby to możliwe tylko wówczas, gdyby na rynku pojawiły się dwa rozwiązania stworzone wg identycznego mechanizmu ale z różnymi parametrami.

Komentarze (12)
Wsiąść do pociągu nie byle jakiego
 Oceń wpis
   

Wskoczyć do pociągu i usiąść spokojnie w przedziale? Czy może starać się dotrzeć do celu szybciej samochodem - ryzykując postoje w korkach, wyprzedzanie tirów czy zgubienie drogi? Ten dylemat - z reguły na korzyść transportu szynowego - rozstrzygają np. podróżujący z Warszawy do Poznania. Podobny wybór, oczywiście w przenośni, powinni mieć indywidualni inwestorzy. Niestety w praktyce go nie mają.

Na świecie od lat toczy się debata o tym co lepsze: zarządzanie aktywne czy pasywne. Chodzi oczywiście o zarządzanie naszymi pieniędzmi. W pierwszym przypadku specjaliści na co dzień dokonują wyboru spółek starając się kupować tanio i sprzedawać drogo. Celem jest pokonanie rynku, a więc np. jakiegoś indeksu giełdowego. Zwolennicy drugiej opcji uważają, że rynek zawsze dobrze wycenia wszelkie dobra - w tym przypadku spółki - i na dłuższą metę nikt nie ma szans systematycznie być lepszym od niego. Dlatego trzeba się do tego rynku podłączyć zamiast z nim walczyć.

Z jednej strony mamy więc np. fundusze hedge gdzie zarządzający nie przejmują się "rynkiem" robiąc wszystko, by zarabiać dla klienta. Z reguły liczą sobie za to słono i czasem osiągają spektakularne efekty (pozytywne i negatywne). Na polskim podwórku gwiazdą ostatnich lat jest Investor FIZ – zamknięty fundusz TFI Investors, który na razie - odpukać – radzi sobie świetnie. Z drugiej strony mamy, bardzo popularne np. w USA, fundusze indeksowe i wszelkie propozycje inwestycyjne podłączone "na sztywno" pod giełdowe indeksy.

Gdzieś pośrodku, ale jednak bliżej pierwszej opcji, można uplasować typowe fundusze akcji. Z reguły stosują one zasadę "kupuj i trzymaj", rzadko i w niewielkim zakresie posiłkując się tzw. timingiem, czyli walką z rynkiem. Tak czy inaczej kupują i trzymają spółki wybrane mniej lub bardziej subiektywnie przez swoich zarządzających. Ci z kolei nie dostają pieniędzy za kopiowanie indeksów ale cały czas szukają okazji do tanich zakupów. Tak samo postępują ich konkurenci. Zwolennicy zarządzania pasywnego powiedzą, że efektem takich łowów jest efektywna wycena wszystkich spółek. Zwolennicy zarządzania aktywnego stwierdzą: są lepsi i gorsi łowcy, trzeba trzymać się tych lepszych.

Pytanie jak ich znaleźć i czy ci którzy sprawdzili się kiedyś nadal będą mieć „nosa”. Zdarzają się oczywiście funduszu tzw. aktywnej alokacji gdzie zarządzający ma znaczną swobodę w zakresie wyboru inwestycji – tego typu fundusze radziły sobie w Polsce bardzo słabo i były po kolei likwidowane. Przykładem jest fundusz GTFI Salomon, który jednak nie okazał się mądrzejszy od rynku i musiał skapitulować. Ostatnio aktywną alokację realizuje się z częściej wykorzystaniem obiektywnych a nie subiektywnych narzędzi, tak jak np. w funduszach stosujących strategią CPPI (balansowanie między akcjami a obligacjami). Na takiej zasadzie działają fundusze Skarbca (Skarbiec Ochrony Kapitału) czy Union Investment (UniStoProcent Plus i Bis).

Pozostaje pytanie: co ma wybrać indywidualny inwestor, który np. oszczędza spokojnie na emeryturę albo na jacht. William Sharpe (ten od wskaźnika służącego do oceny funduszy) powiedział mniej więcej tyle: "w długim okresie przeciętny inwestor ma szanse na przeciętną, rynkową stopę zwrotu, od której musi odjąć koszty. Dlatego inwestor zyska więcej na obniżce kosztów niż na próbach pokonania średniej". Kiedy koszty będą najniższe? Wtedy, gdy nie ma aktywnego zarządzania. Trudno przecież brać duże pieniądze wówczas, gdy fundusz naśladuje indeks.

Fundusze indeksowe, jak sama nazwa wskazuje, kopiują giełdowe indeksy. Jedynym zadaniem zarządzającego jest utrzymanie w portfelu takiej proporcji akcji spółek jaka jest w indeksie. Przy czym wcale nie musi to być np. indeks S&P 500, Dow Jones czy Nasdaq. W większości giełdowych indeksów poszczególnym spółkom przypisane są wagi wynikające z poziomu ich rynkowej kapitalizacji. To oznacza, że spółki zbyt drogie mogą z czasem zbyt silnie wpływać na indeks (i odwrotnie). Dlatego tworzone są indeksy fundamentalne gdzie wagi poszczególnych spółek zależą od wskaźników takich jak poziom sprzedaży, wartość księgowa, zyski.

Poza funduszami indeksowymi furorę robią też ETF-y, czyli fundusze notowane na giełdzie (exchange traded funds). Z reguły - chociaż nie zawsze - naśladują one indeksy giełdowe i w odróżnieniu od zwykłych funduszy można nimi handlować w ciągu dnia, tak jak akcjami. Koszty zarządzania w ramach ETF-ów to od 0,1 do 1 proc. rocznie – znacznie mniej niż w standardowych funduszach. W Polsce jak na razie nie pojawił się żaden tego typu fundusz – nasze prawo nie jest odpowiednio elastyczne. W marcu tego roku Komisja Nadzoru Finansowego, zapowiedziała że zależy jej na takiej zmianie przepisów, by ETF-y wreszcie pojawiły się na naszej giełdzie – ich brak to coraz poważniejszy mankament polskiego rynku finansowego.  

Na świecie pasywne inwestowanie ma się więc całkiem dobrze. Tym bardziej, że są dowody na jego wyższość nad zarządzaniem aktywnym. Kilkanaście lat temu Mark Carhart z Uniwersytetu w Chicago zbadał wyniki 1892 amerykańskich funduszy akcji działających między 1961 a 1993 rokiem. Okazało się, że fundusze indeksowe miały wyniki lepsze od tych zarządzanych aktywnie przeciętnie o 1,8 pkt proc. w skali roku. Wcześniej inni naukowcy z USA takim analizom poddali 143 fundusze obligacji działające między 1965 a 1984 rokiem. Wynik podobny: przewaga funduszy pasywnych nad aktywnymi, w tym przypadku o prawie 1,6 pkt proc.

W Polsce trudno wykonać takie porównanie. A to dlatego że nie mamy funduszy indeksowych. Kilka lat temu takim funduszem zarządzało Pioneer Pekao TFI - w 2003 został wcielony do "zwykłego" funduszu akcji. Skąd ta luka? Można się tylko domyślać, że fundusz indeksowy nie jest dla TFI tak rentowny jak fundusz aktywnie zarządzany - po prostu nie ma podstaw, by pobierać wysokie, w polskich warynkach 4-procentowe, opłaty za zarządzanie. Co więcej, mogłoby się okazać, że taki fundusz radzi sobie lepiej niż ten aktywnie zarządzany, a to już trudno byłoby wytłumaczyć inwestorom. Można natomiast przyjrzeć się wynikom aktywnie zarządzanych fundusz akcji i porównać je z indeksem giełdowym WIG . Na dłuższą metą nieliczne fundusze są w stanie pokonać indeks. W okresie 5-letnim udało się to tylko Arce BZ WBK Akcji oraz Commercial Union Polskich Akcji na 15 działających w tym czasie funduszy akcyjnych.

W niszę dla amatorów pasywnego inwestowania coraz śmielej wchodzą teraz tzw. produkty strukturyzowane. To inwestycyjne tworzone jak "zgrzewka" papierów dłużnych oraz instrumentów pochodnych - najczęściej opcji. Opcje mogą być wystawiane na różnego rodzaju indeksy, ceny surowców czy poszczególnych spółek. W efekcie inwestor indywidualny może się "podłączyć" pod praktycznie dowolny rynek. Pod warunkiem, że jest to rynek w miarę płynny. Przykład? Kazachstan do niedawna był miejscem gdzie trudno było inwestować. 17 lipca giełda wiedeńska rozpoczyna notowania indeksu skupiającego spółki kazachskie, a dokładnie tzw. GDR tych spółek które są w obrocie na giełdzie londyńskiej. Taki indeks jest już okazją do stworzenia produktu dzięki któremu inwestor będzie mógł inwestować na giełdzie w Kazachastanie. Można też wystawiać opcje na indeks i konstruować produkty z gwarancją kapitału. Prawdopodobnie pierwsza takie oferty pojawią się w ciągu 2-3 miesięcy na naszym rynku.

To "podłączenie" pod rynek, szczególnie w polskich warunkach, może być jednak mało efektywne. Choćby wówczas, gdy wzrost indeksu np. o 100 proc. przekłada się na 60 czy 70-proc. zysk dla inwestora. Przykład to do 3 sierpnia przez KBC TFI fundusz zamknięty KBC BRIC gdzie inwestor po 6 latach dostanie 70 proc. wzrostu indeksu skupiającego spółki z krajów BRIC (Brazylia, Rosja, Indie i Chiny. Wynika to stąd, że polscy dystrybutorzy produktów strukturyzowanych naliczają znacznie wyższe prowizje niż jest to przyjęta w innych krajach. Co więcej, indywidualni inwestorzy preferują inwestycje relatywnie krótkoterminowe – 2 czy 3-letnie. Tymczasem, im krótsza lokata tym trudniej jest zapewnić ciekawą, potencjalnie zyskowną konstrukcję przy jednoczesnym zachowaniu gwarancji kapitału.

Nic nie stoi jednak na przeszkodzie, by powstawały oferty gdzie takiego "obcinania" zysku nie ma. Już zresztą powstają. Jeśli dodamy do tego, brak kosztów zarządzania, gwarancje zachowania kapitału i różnego rodzaju "wynalazki" zwiększające szansę na wysoką stopę zwrotu (np. opcja look back) okaże się że produkty strukturyzowane są idealną, pasywną inwestycją.

Oczywiście ich możliwości są znacznie większe niż proste odwzorowanie notowań jakiegoś indeksu. Podstawą tworzenia „struktur” są opcje, a więc forma zakładu o praktycznie dowolnej konstrukcji (samych opcji jest ponad 1000 rodzajów). W efekcie można stworzyć lokatę, która bardziej będzie przypominała zakład niż inwestycję o jakimś fundamentalnym charakterze. Przykładem może być rozwiązanie oferowane właśnie przez Bank BPH gdzie zysk inwestora jest zależny od tego jak silnie „rozjadą” dwa indeksy spółek europejskich – nie jest ważny kierunek zmian ale różnica zanotowana na koniec trwania lokaty. Nie wszyscy klienci są skłonni akceptować takie rozwiązania chociaż w obecnej, niepewnej sytuacji rynkowej wydaje się to bardzo dobrym pomysłem na  dywersyfikację portfela.

Na razie triumfują "aktywni" - hossa wypromowała fundusze małych i średnich spółek oraz fundusz hedge. Warto jednak pamiętać o tym, że nie ma kierowców którzy zawsze są pierwsi na mecie. Czasem lepiej od razu wsiąść do pociągu. Tym bardziej że bilet będzie sporo tańszy od benzyny.

Komentarze (7)
Tajemnice Superpakietu
 Oceń wpis
   

 

Mimo wakacji można znaleźć nowe produkty inwestycyjne. Jednym z nich jest Superparkiet oferowany przez Kredyt Bank.  Jest to pierwsze na rynku połączenie lokaty bankowej i produktu strukturyzowanego (w tym przypadku opakowanego w ubezpieczenie).

Banki z reguły tworzą tego typu „zgrzewki” łącząc lokate ze zwykłym funduszem inwestycyjnym (vide: Super Duet w Millennium czy lokata z funduszem w Eurobanku). KB poszedł dalej. Mamy więc 6-miesięczną lokatę o oprocentowaniu 6 proc. oraz ubezpieczenie z funduszem kapitałowym. Jeśli wpłacimy 1000 zł na polisę możemy taką samą kwotę ulokować na depozycie.

Oprocentowanie lokaty oczywiście nie jest powalające – np. Getin Bank kusi teraz 4-miesięczną lokatą na 5,5 proc. (bez żadnych warunków). Przyjrzyjmy się bardziej złożonemu elementowi tego duetu – polisie z funduszem kapitałowym. Fundusz „zaszyty” w tym ubezpieczeniu nazywa się Fund Partners Warta Infrastructure 1. Nie jest to zwykły fundusz, lecz tzw. produkt strukturyzowany, przygotowany zresztą nie w Polsce ale macierzystą spółkę Warty i Kredyt Banku – belgijskie KBC.

Tego typu fundusze mogą być bardziej znane klientom KBC TFI, które regularnie uruchamia polskie fundusze zamknięte bazujące na analogicznych rozwiązaniach z zagranicy. W tej chwili w ofercie TFI jest np. fundusz KBC BRIC. Opakowaniem zagranicznego funduszu może być też jednak ubezpieczenie i tak jest w przypadku Superpakietu.

Fund Partners Warta Infrastructure 1 to inwestycja 5-letnia, której wynik jest oparty na notowaniach 20 spółek zajmujących się szeroko rozumianą infrastrukturą (m.in. Siemens, RWE, E-ON itp.). Jest to więc fundusz branżowy i każdy kto lokuje w nim swoje środki powinien zdawać sobie z tego sprawę. W ulotkach reklamowych Kredyt Bank pokazuje notowania tych firm od sierpnia 2002 roku – wykres oczywiście pnie się w górę co nie jest żadną gwarancją na przyszłość.

Przyjrzyjmy się kolejnym parametrom produktu. Po 5 latach dostaniemy 110 proc. zmiany wartości koszyka 20 spółek jednak nie więcej niż 110 proc. przez 5 lat. Gdyby koszyk spółek stracił na wartości dostaniemy zwrot wpłaconych środków – jest więc gwarancja kapitału. Takie informacje uzyskałem bezpośrednio w oddziale banku, kompilując dane z dwóch źródeł - ulotki i broszury informacyjnej.

Niestety ani w oddziale ani potem w biurze prasowym banku nie udało mi się uzyskać dostępu do prospektu emisyjnego funduszu Fund Partners Warta Infrastructure 1, który jest jedynym źródłem informacji o tym jak rzeczywiście jest formuła obliczenia zysku na koniec (nie ma tej informacji w ogólnych warunkach ubezpieczenia). Biuro prasowe KB pionformowało mnie, że posiada taki prospekt ale nie ma uprawnień by go pokazać (!)

Można jedynie snuć teorię spiskową: w broszurze informacyjnej na wykresie widzimy przykładową stopę zwrotu z inwestycji wynoszącą 80 proc. Opis sugeruje że jest to maksymalna stopa zwrotu osiągnięta przy poziomie partycypacji w zmianie wartości koszyka na poziomie 110 proc. To sugeruje, że inwestor nie jest „podłączony” w bezpośrednie sposób do wyników koszyka spółek ale stosowane jest mechanizm spłaszczający skalę wzrostu tego koszyka (np. uśrednianie wyników przynajmniej w część okresu trwania lokaty tak jak w funduszu KBC BRIC).

Opakowanie ubezpieczeniowe w tym przypadku nie jest tylko opakowaniem, bo Warta postanowiła dołożyć kilka funkcji ochronnych w ramach tej oferty. Mamy więc ubezpieczenie na wypadek: zgonu (na kwotę 110 proc. zainwestowanych środków), zgonu w wyniku wypadku oraz trwałej niezdolności do pracy powstałej w wyniku wypadku (150 proc. zainwestowanych środków). Trudno tu mówić o rzeczywistej wartości tych ubezpieczeń – jeśli ktoś chce mieć polisę na życie to nie jest to dla niego żaden substytut, podobnie w przypadku dwóch pozostałych zdarzeń.

Ochrona kosztuje i w tym przypadku jest to 0,045% miesięcznie, a więc 0,54 proc. rocznie. Jest też prowizja, która do 28 lipca wynosi 2,5 proc. (potem rośnie do 2,7 proc.) oraz 1-procentowa opłata likwidacyjna w przypadku wycofania środków przed terminem. Warto dodać, że taka wypłata realizowana jest po aktualnej wartości tytułów uczestnictwa funduszu. W części analogicznych ubezpieczeń stosuje się niesprawiedliwy system: wysokość wpłaconej składki pomniejszona o ewentualną prowizję.

Sam produkt wygląda nieźle. Opakowanie ubezpieczeniowe nie jest droższe, a być może nawet tańsze niż fundusze zamknięte stosowane przez KBC TFI. Problemem jest brak przejrzystej informacji o tym jak będzie wyliczona stopa zwrotu, a to w przypadku produktów ustrukturyzowanych jest sprawa kluczowa.

Komentarze (8)
Kosztowna "inżynieria finansowa"
 Oceń wpis
   

 

Im bardziej złożony produkt finansowy tym klient więcej płaci. Nie wiem czy ktoś już sformułował takie "prawo" ale z moich obserwacji wynika, że działa ono w zdecydowanej większości przypadków.

Oczywiście sztandardowym przykładem są polisy na życie z wbudowaną funkcją inwestycyjną i ubezpieczenia w ogóle. Wszędzie słyszę, że "marże" w ubezpieczeniach są najwyższe. To towarzystwom ubezpieczeniowym opłaca się utrzymywać kilkadziesiąt tysięcy agentów ubezpieczeniowych (na stronie KNF są dane na koniec 2005 roku - ponad 35 tys. osób). Moim zdaniem to nie droga sieć agentów wymusza wysokie marże ubezpieczycieli ale odwrotnie: to skomplikowanie produktu pozwala nakładać wysokie marże. Niewiele jest w finansach fachów bardziej "tajemnych" niż aktuariusz, który wylicza ile za ubezpieczenie danego ryzyka trzeba zapłacić. Warunki bardziej złożonych ubezpieczeń sa na tyle rozbudowane że praktycznie niemożliwe jest bezpośrednie porównanie ofert tak jak to można zrobić np. z kredytami hipotecznymi.

Ale i kredyty też nie są banalnie proste, a więc pokusa do pobierania wyższych marż jest - tym bardziej że konkurencja zbiła oprocentowanie standardowych produktów do bardzo niskich poziomów. A jakie są okazje? No na przykład taki kredyt z mechanizmem bilansowaniem. Kilka lat temu wprowadził to BRE (MultiBank i mBank), potem inne banki poszły w jego ślady. Problem w tym, że BRE nie różnicuje oprocentowania kredytów zależnie od tego czy bilansowanie jest czy go nie ma. Inne banki - PKO BP i Pekao SA uznały, że skomplikowanie produktu pozwala widocznie na naliczenie wyższej ceny i oferują kredyty z mechanizmem bilansującym naliczając wyższe oprocentowanie. Pekao SA nawet do kredytu z offsetem dołączył "specjalne" konto za 20 zł miesięcznie. Przy małym kredycie 20 zł ekstra co miesiąc to całkiem sporo.

Kolejny przykład. Od kilku miesięcy mamy kredyty hipoteczne z dopłatami do odsetek. Działa to tak, że klient zaciąga kredyt, a budżet zwraca bankowi co miesiąc przez osiem lat część odsetek. W efekcie rata jest niższa. Ustawa która wprowadziła to rozwiązanie ma sporo ograniczeń – za kilka tygodni zostanie zmieniona i dopłaty mogą być dostępne dla pokaźnej rzeszy Polaków. Mechanizm dopłat nie jest banalny. Nie działa to tak jak przedstawiają niektóre media, że oprocentowanie dzięki dopłatom jest dwa razy niższe (obliczenia są bardziej złożone, jeśli ktoś zechce to wyjaśnię w komentarzach). W każdym razie poziomem wyjściowym jest stawka oprocentowania obowiązująca w banku, a następnie od odsetek naliczonych wg tej stawki odliczana jest dopłata. Otóż banki które dopłaty oferują (przez przypadek znowu PKO BP i Pekao SA) ustawiają sobie tę wyjściową stawkę oprocentowania na wyższym poziomie niż ich standardowy kredyt bez dopłat (o ok. 0,25 pkt. proc.). Bardziej złożony produkt – wyższa prowizja.

Listę można by ciągnąć dalej. Chociażby opisywane przeze mnie wcześniej produkty strukturyzowane. Dla klienta mają one formułę czarnej skrzynki – elementy składowe takiej oferty (obligacje, opcje, prowizje) są ukryte i wcale nie muszą być publicznie prezentowane tak jak np. koszty w funduszach inwestycyjnych. A wysokość prowizji bezpośrednio wpływa na parametry takiej oferty – po prostu zostaje mniej kasy na opcję. W efekcie klient uzyska np. nie 120 a 80 proc. udziału we wzroście  jakiegoś giełdowego indeksu. Ponieważ na rynku jednocześnie nigdy nie były oferowane dwa takie same produkty więc klient nie może ich porównać - nie ma pojęcia jakie parametry mógłby mieć, gdyby tylko bank czy inny dystrybutor zadowolił się niższa prowizją. A prowizje są wysokie – często wręcz rabunkowe. Prawo działa bez zarzutu.

PS. Jak może zauważyliście zmieniłem „barwy klubowe”. Na razie biznes jest w fazie organizacji. Tutaj nie chciałbym się reklamować - myślę, że wkrótce coś usłyszycie o tej nowej firmie. 

Komentarze (10)
Jak oni się reklamują
 Oceń wpis
   

 

Komisja Nadzoru Finansowego skarciła trzy firmy zarządzające funduszami za niezbyt rzetelne reklamy. Dostało się Arce, Millennium i Union Investment. KNF stanęła więc w obronie klientów, którzy widząc te wielkie stopy zwrotu z pewnością zakładają, że będą tyle samo zarabiać w przyszłości.

Może to i ważne. Ja akurat uważam, że ludzie doskonale zdają sobie sprawę z natury funduszy i ryzyka jakie się z nimi wiąże. To nie papierosy, które trzeba okleić drastycznymi przestrogami. Najwyżej ktoś straci trochę pieniędzy. Nawet w najczarniejszym scenariuszu fundusz akcji nie powinien stracić więcej niż 30-40 proc. przez rok. To kwestia prawdopodobieństwa. Fundusze są tak skonstruowane, że nawet te akcyjne można zaliczyć do bezpiecznych inwestycji jeśli zestawimy je z bezpośrednim inwestowaniem na giełdzie nie mówiąc już o foreksie czy kontraktach na surowce. Tam dopiero powinno się ludzi ostrzegać. 

Bardziej bym się przyczepił do reklam tzw. lokat z funduszami (Hubert Urbański, który "zarabia podwójnie"). To jest właśnie dla mnie typowy mis-selling. Na takie zgrzewki lokaty z funduszem łapią się ludzie, których kusi właśnie oprocentowanie lokaty rzędu 7 czy 10 proc. Oczywiście jest to lokata krótkoterminowa (w przypadku Millennium 10 proc. mamy na lokacie 3-miesięcznej). Drugim elementem dwupaku jest fundusz - oczywiście fundusz akcji lub mieszany. Na tym bank/TFI najwięcej zarabia, bo opłaty za zarządzanie sięgają 4 proc. I może nawet nie być prowizji od wpłaty (bo gdyby była to jej kwota będzie większa niż "dotacja" do oprocentowania). Ważne jest to że klient dostaje bezsensowną mieszankę krótkiej lokaty oraz funduszu, który został mu za pomocą tej lokaty sprzedany. Nie ma to nic wspólnego ze świadomym budowaniem portfela inwestycyjnego. Zwykłe wciskanie funduszu. Pewnie dlatego, że nie można go za bardzo "sprzedać wynikiem" - tak ja to robi np. Arka. 

Dzisiaj trudno było nie zauważyć reklamy BPH TFI dokolejonej do Gazety Wyborczej. Promują modny ostatnio typ funduszu inwestującego w Nowej Europie. Takich funduszy działa już 12. BPH pokazał słupki w których porównywane są wyniki ich funduszu z konkurencją. Przy czym konkurencja nie jest dokładnie zdefiniowana. Z tego co widzę fundusz jest zestawiany ze średnią stopę pozostałych funduszy tego typu. W okresie od 19 września 2006 do 30 kwietnia 2007 fundusz BPH zarobił 23 proc. Dwa fundusze były od niego lepsze (PKO/CS Akcji Nowa Europa - 30 proc. i AIG Zrównoważony Nowa Europa - 23,2 proc.), a trzy słabsze. Podane są też okresy 1-, 3- i 6-miesięczne i tutaj BPH jest na 2. lub 3. pozycji ale w reklamie zestawia sie ze średnią, którą oczywiście pokonał. Słowem: fundusz radzi sobie dobrze, lepiej niż średnia ale w reklamie powinien się raczej porównywać z poszczególnymi produktami konkurencji. Przecież nikt nie inwestuje w średnią. Tym bardziej że próba jest niewielka, bo takich funduszy jest niewiele. Poza tym fundusze te znacznie się od siebie różnią - np. Union Investment sporo lokuje w Rosji, od której inne fundusze trzymają się z dala.

Do reklamy funduszu pewnie zawsze można się będzie przeczepić. Tam gdzie jest nieskończona liczba możliwości zaprezentowania różnych cyferek każda firma będzie wybierać możliwie korzystną opcję. Pytanie czy to jest rzeczywiście istotny problem. Może warto by się np. zająć wysokośćią opłat za zarządzanie funduszami, które są dwa razy wyższe niż w krajach w Europie Zachodniej czy USA.

Komentarze (8)
1 | 2 | 3 | 4 |
Najnowsze wpisy
2010-06-25 20:15 Quo vadis struktury?
2008-11-30 11:59 Toksyczne aktywa czy błędy zarządów?
2008-11-12 15:02 Recesja to nie zawsze bessa
2008-10-24 17:28 Drżyjcie przyszli emeryci
2008-10-15 09:46 Na kryzys - gwarancja kapitału
Najnowsze komentarze
2015-02-15 09:47
wispawel12:
Drżyjcie przyszli emeryci
Nasza propozycja Nie czekaj przyjmij pomocną dłoń! Uległeś wypadkowi?Doznałeś obrażeń?Nie[...]
2014-01-06 19:31
najlepszeprezenty.com.pl:
1:0 dla Banku Pocztowego
:)
2014-01-02 12:53
inwestycje-finanse:
Quo vadis struktury?
Dodam, że na strukturach straciłem dużo. Nie polecam!
O mnie
Maciej Kossowski
Prezes firmy Wealth Solutions
Kategorie
Ogólne