Jak uregulować rynek „struktur”?
 Oceń wpis
   

 

„Nie kupuj kota w worku” – ostrzegał niedawno na pierwszej stronie jeden z dzienników. „Kotem” były produkty strukturyzowane ocenione w tekście jako nieprzejrzyste. I trudno się z tą tezą częściowo nie zgodzić. Nie oznacza to oczywiście, że „struktury” są złe. Jeśli jednak takie tytuły potrzebne są, by uporządkować rynek tych produktów to jestem za.

Jeszcze niedawno na rynku można było znaleźć jednocześnie kilka produktów strukturyzowanych. Przy odrobinie wysiłku inwestor mógł przeanalizować oferty i wybrać coś dla siebie. Te czasy się kończą. W połowie marca naliczyłem blisko 20 produktów. Jestem pewien, że inwestorów którzy świadomie dokonują wyboru jest niewielu. Weźmy na przykład kilka dostępnych produktów opartych na rynku towarów rolnych. Ciekawe czy osoby, które zainwestowały w poszczególne rozwiązania były świadome istnienia produktów konkurencyjnych, a jeśli tak, to czy znały różnice między nimi? Kolejny przykład to dosyć liczne wykorzystanie przez dystrybutorów indeksu BNP Paribas Millennium (produkty na nim oparte znalazłem w Open Finance, BZ WBK i Commercial Union, a wcześniej także w Banku Millennium). Ponownie: czy inwestorzy porównują ich parametry?

Rynek struktur wymaga uporządkowania – im wcześniej to nastąpi tym lepiej. Na początek dystrybutorzy tych produktów powinni prezentować klientom coś w rodzaju jednolitej metryczki (obok feerii materiałów marketingowych, w których często nie ma podstawowych informacji). W takim „cv struktury” powinny się znaleźć informacje podstawowe takie jak: minimalna wpłata, poziom partycypacji, opis instrumentów bazowych (na czym to wszystko się opiera), poziom gwarancji kapitału itp. Przede wszystkim jednak wzór wg którego obliczony będzie zysk na zakończenie inwestycji – im bardziej jest on złożony tym bardziej szczegółowo należy go opisać. W wielu przypadkach należy przedstawić kilka scenariuszy: co będzie jeśli umowny WIG20 wzrośnie o X proc., a co będzie gdy spadnie o Y proc.? Inwestor musi sobie wyobrazić działanie swojego produktu w praktyce. I wreszcie wyniki historyczne. Tutaj kreatywność dystrybutorów jest bardzo wysoka – podaje się symulacje za subiektywnie wybrane okresy, oblicza się wyniki dla zawyżonych wskaźników partycypacji (udziału w zysku) itp. A sprawa jest prosta: inwestor musi wiedzieć ile naprawdę na danej strategii można było zarobić: najmniej, najwięcej i przeciętnie w całym możliwym do analizy okresie.

I na koniec: prowizje. Rzeczywiście w przypadku produktów strukturyzowanych są one ukryte. Nie znaczy to że zawsze są wysokie – w rzeczywistości są kilka razy niższe niż na przykład w funduszach inwestycyjnych. Brak jawności tych kosztów prowadzi jednak do wielu spekulacji co nie sprzyja to wzrostowi zaufania do tej kategorii aktywów. By zrozumieć sposób naliczania marż w „strukturach” należy także pojąć sposób ich tworzenia. W praktyce 100 zł inwestowane przez klienta dzielone jest na obligacje (dzięki nim mamy gwarancję kapitału), opcje (z nich ma się wziąć dodatkowy zysk) oraz wynagrodzenie dystrybutora. Co ciekawe, taka konstrukcja została w praktyce wymuszona przez inwestorów, którzy nie chcą płacić jawnych prowizji ponad swoje umowne 100 zł. A skoro instytucje finansowe nie muszą podawać marż to oczywiście tego nie robią (z nielicznymi wyjątkami).

Można argumentować, że dla przeciętnego inwestora konstrukcja produktu strukturyzowanego to wiedza tajemna i nie ma co zawracać mu tym głowy – czy ktoś kupując samochód dokładnie poznaje działanie silnika? Ja jednak uważam że poziom marż powinien być jawny, a inwestorzy edukowani przez dystrybutorów. Każdy inwestor może oczywiście kupić produkt obarczony 10-procentową prowizją zamiast takiego gdzie koszty są dwa razy niższe. I wcale nie oznacza to, że ten pierwszy zarobi dla niego mniej – być może dystrybutor będzie miał szczęście lub ponadprzeciętne wyczucie rynku? Ważne jednak by inwestorzy wiedzieli za jaką cenę kupują produkty finansowe.

W Europie rynek produktów strukturyzowanych w tym roku ma osiągnąć bilion euro. W krajach takich jak Włochy, Niemcy czy Belgia inwestorzy w „strukturach” jest już ponad 100 mld euro. Co ważne, produkty te nie zdobyły zachodnioeuropejskich rynków inaczej jak w drodze konkurencji z innymi formami lokowania kapitału. W większości przypadków są one znacznie lepszą i potencjalnie tańszą formą zarabiania niż tradycyjne fundusze inwestycyjne. Jednocześnie warto zauważyć, że granice między poszczególnymi kategoriami produktów inwestycyjnych - struktur, funduszy czy debiutujących w Polsce ETF-ów - zacierają się. Chodzi o to, by w możliwie przejrzysty sposób i przy niskich kosztach dostarczyć inwestorowi to, czego oczekuje. Słowem: „struktury” to nie „nowalijka” czy „egzotyka” – to kolejny krok w ewolucji rynku finansowego. I ta ewolucja powinna dokonać się także w Polsce.

Komentarze (9)
Warren Buffett spekulantem?
 Oceń wpis
   

Pisany co roku przez Warrena Buffett'a list do akcjonariuszy Berkshire Hathaway to zawsze ciekawa lektura - gotowe case studies z życia "korporacyjnej Ameryki". Tym razem "wyrocznia z Omaha" pisze m.in. o zainicjowanym pod koniec ub.r. przejęciu konglomeratu Marmon za 4,5 mld dolarów. Można też dowiedzieć się co ma wspólnego fabryka czekolady See's Candy z Adamem i Ewą oraz ile przez ile godzin podatek ze sprzedaży przez Berkshire pakietu akcji chińskiej spółki Pertrochina pokrywał wszystkie wydatki budżetowe USA.

Mnie zaciekawił fragment o inwestycjach finansowych Berkshire. Zawsze wydawało mi się, że Buffett to typowy długoterminowy łowca dobrych biznesów. W tegorocznym liście też przypomina swoją filozofię: "Charlie (Charlie Munger, wspólnik Buffett'a - przyp. autora) and I look for companies that have a) a business we understand; b) favorable long-term economics; c) able and trustworthy management; and d) a sensible price tag. I to rzeczywiście z reguły się sprawdza - wystarczy spojrzeć na historyczne notowania akcji Berkshire Hathaway (formalnie firmy ubezpieczeniowej ale przede wszystkim portfela kilkudziesięciu firm z różnych branż).

No właśnie. Okazuje się jednak, że Buffett nie stroni od czegoś co na pierwszy rzut oka można nazwać spekulacją. Chociaż w rzeczywistości jest to zgodne z jego filozofią. Buffet mianowicie dosyć aktywnie wystawia opcje - portfel instrumentów pochodnych którymi zarządza obejmuje 62 pozycje. Są to głównie opcje put na S&P 500 i kilka innych światowych indeksów. Jako wystawca opcji Buffett zgarnia premię - niebagtatelną: dotąd łącznie 4,5 mld dolarów (a więc mniej więcej tyle ile wydał na zakup Marmon).

Opcje wygasną in the money (Buffett będzie musiał zapłacić nabywcom) jeśli w momencie wygaśnięcia opcji wspomniane indeksy będą poniżej poziomu, gdy opcje zostały sprzedane. Co ciekawe ten termin upływa dopiero za 15-20 lat. Buffett gra więc na długoterminowy wzrost notowań giełdowych - patrzy znacznie dalej niż analitycy którzy widzą tylko czarne chmury przed amerykańską gospodarką i na tym korzysta (Buffett wierzy w Amerykę i tam zresztą koncentruje swoje inwestycje: despite our country’s many imperfections and unrelenting problems of one sort or another, America’s rule of law, market-responsive economic system, and belief in meritocracy are almost certain to produce evergrowing prosperity for its citizens).

A jeśli ktoś chce zobaczyć i usłyszeć Buffetta na żywo to okazja 3 maja na zgromadzeniu akcjonariuszy w Qwest Center w Omaha. Nie jest to bynajmniej kameralna impreza - na ubiegłorocznej stawiło się 27 tys. osób. I choćby z tego względu nie jest typowe WZA - co roku na tę okazję kręcony jest film z udziałem hollywodzkich gwiazd, a na akcjonariuszy czeka ogromna hala handlowa (oczywiście z produktami i usługami ze stajni Berkshire). PS. Jedna akcja A Berkshire Hathaway kosztuje 140 000 dolarów (nigdy nie było splitu).  Na szczęście można też kupić akcję B za 1/30 tej ceny (niespełna 4700 dolarów), która też uprawnia do udziału z majowej imprezie.

 

    
Komentarze (13)
Alternatywy więcej niż cztery
 Oceń wpis
   

Po styczniowych spadkach wielu inwestorów – moim zdaniem niesłusznie – będzie przez jakiś czas unikać giełdy. Będą szukać alternatyw - nowego eldorado. Oby tylko nie były to pozorne alternatywy.

Sztandarowym przykładem mogą być otwarte fundusze nieruchomości, który w rzeczywistości kupują akcje firm deweloperskich. Inwestycja w taki fundusz nie ma wiele wspólnego z zakupem mieszkania czy gruntu. Jednocześnie jednak na giełdzie można znaleźć certyfikaty zamkniętych funduszy nieruchomości. A to zupełnie inna sprawa. Kupują one fizyczne obiekty – biurowce, centra handlowe czy wręcz angażują się w deweloperkę”. Wycena takiego funduszu na dłuższą metę będzie zależeć od wartość tego co ma w portfelu. Na krótką metę może natomiast podlegać giełdowym wahaniom, a to stwarza okazje inwestycyjne. Na przykład ostatnio certyfikaty funduszy notowane są 15-20 proc. niżej niż ich faktyczna „księgowa” wartość. Kilkanaście miesięcy temu w czasie mieszkaniowej hossy sytuacji była odwrotna.

Złoto – to oczywiście propozycja na trudne czasy. W pierwszej połowie ubiegłego roku cena tego kruszcu była stabilna na poziomie ok. 660 dolarów za uncję. Pod koniec sierpnia gdy na sytuacja na giełdzie zaczęła się psuć złoto zaczęło rajd w górę – w ciągu 5 miesięcy podrożało aż o 42 proc.! Taka dynamika przypomina raczej notowania giełdowe niż „bezpieczną przystań” jaką ma być inwestycja w złoto. Faktem jest że złoto w ostatnich latach stało się takim samym przedmiotem gdy podaży i popytu (czy wręcz spekulacji) jak akcje. Z pewnością jest alternatywą dla giełdy z uwagi na ujemną korelacją. Należy jednak brać pod uwagę głębokie i gwałtowne korekty. Polski inwestor dodatkowo powinien uwzględnić ryzyko kursowe – wspomniany wzrost ceny złota dotyczy dolarów, a kurs amerykańskiej waluty w ciągu ostatnich 6 miesięcy spadł o 13 proc. tak więc zysk w złotówkach jest niższy. Ryzyka kursowego można uniknąć inwestując w lokaty strukturyzowane oparte na złocie.

W przypadku wszystkich produktów finansowych warto zwrócić uwagę na to na czym faktycznie opiera się dana inwestycja. Podobnie jak w przypadku nieruchomości „zamiennikiem” złota mogą być firmy zajmujące się jego wydobyciem i sprzedażą. Co prawda w tym przypadku związek notowań giełdowych z kursem kruszcu jest silniejszy – trudno jednak mówić o bezpośredniej inwestycji w złoto. Produkty strukturyzowane mogą opierać się np. na tzw. indeksach excess return. Przykładem jest ostatnia lokata strukturyzowana firmy Goldenegg – indeks taki wiernie śledzi ceną złota jednak od jego wyników odejmowana jest stopa wolna od ryzyka (np. LIBOR). Na dłuższą metę indeks będzie miał więc nieco słabsze wyniki niż faktyczna cena złota. Trzeba jednak przyznać, że informację o tym znajdziemy w materiałach o wspomnianej ofercie.

W dużym stopniu niezależnie od giełdy zachowują się surowce rolne – np. pszenica, soja, kukurydza. Mamy tutaj do czynienia z podobną sytuacją jak w przypadku złota – bardzo dynamiczne wzrosty w ciągu ostatnich kilku/kilkunastu miesięcy. Banki inwestycyjne zachęcają jednak do zakupów twierdząc, że notowania są wciąż niskie w ujęciu realnym (uwzględniając inflację) w relacji do swoich historycznych maksimów. Inwestując w tę klasę aktywów (a tak naprawdę we wszelkiego typu surowce) należy zwrócić uwagę na pewien „technologiczny” aspekt tworzenia produktów finansowych.

W towary rolne inwestuje się za pomocą kontraktów terminowych. W danym momencie notowanych jest często kilka czy kilkanaście serii zapadających np. za 1,3, 5 czy 9 miesięcy. Powszechnych zjawiskiem na rynku surowców jest tzw. contango – im dłuższy termin do wygaśnięcia tym droższy kontrakt (uwzględniany jest bowiem tzw. cost of carry czyli m.in. koszt przechowywania surowca).Wszelkie indeksy śledzące zmiany ceny surowców muszą sobie radzić z tym zjawiskiem – indeks działa przecież przez lata, a więc musi „przeskakiwać” z kontraktu na kontrakt. W praktyce oznacza to, że przesiadka z wygasającego właśnie kontraktu na nowy który kończy się np. za kilka miesięcy oznacza stratę (nowy kosztuje więcej). Powstało więc wiele indeksów w ramach których zmiany kontraktów odbywają się w sposób inteligentny – tak by ograniczyć straty, a wręcz zyskać na zjawisku contango (lub jego przeciwieństwie, czyli backwardation). Dla przykładu „inteligentny” indeks Deutsche Banku od stycznia 2001 zyskiwał ok. 21 proc. rocznie podczas, gdy „zwykłe” indeksy oparte na podobnym koszyku surowców jedynie 9-11 proc. Dlatego tak istotna jest inżynieria finansowa – nie wystarczy informacja że inwestujemy z pszenicę czy soję.

Pamiętajmy, że instytucje finansowe zawsze będą starać się sprzedać to co w ich odczuciu kupi przysłowiowy „ciemny lud”. Teraz giełda przez jakiś czas będzie „be”, a na tapecie pojawią się liczne alternatywy i „alternatywy”. Dla inwestorów może to oznaczać, wejście na rynki których potencjału nie są w stanie ocenić, często też za pośrednictwem bardzo skomplikowanych produktów finansowych. Wszelkie wspaniałe koncepty trzeba więc szczególnie dokładnie analizować, by nie wpaść z deszczu pod rynnę.

Komentarze (6)
Jak inwestują nabogatsi
 Oceń wpis
   

 

Fundusze inwestycyjne? Lokaty? Raczej nie.  Najbogatsi ludzie na świecie mają znacznie bardziej wyrafinowany gust jeśli chodzi o inwestowanie. Wymagają nie tylko zysku ale także dodatkowych wrażeń estetycznych. To dlatego na znaczeniu zyskuje tzw. inwestowanie w pasje. Sprawdźmy co jeszcze można znaleźć z najgrubszych portfelach.

Według raportu Merrill Lynch i Capgemini na świecie w 2006 było już 9,5 miliona osób o aktywach wartych przynajmniej milion dolarów. To o ponad 8 proc. więcej niż w roku poprzednim. I trudno się dziwić – hossa na rynkach finansowych, szybki wzrost PKB w większości najważniejszych krajów pompowały wartość majątków. I to nie tylko w USA. Grono milionerów rosło najszybciej w… Afryce (+12,5 proc.) i na Bliskim Wschodzie (11,9 proc.). W obu przypadkach duże znacznie miał wzrost cen surowców energetycznych i metali szlachetnych. Łączny majątek światowych krezusów szacowany jest na 37,5 biliona dolarów. Dla porównania dochód narodowy Polski to ok. 450 mld dolarów, a więc prawie 85 razy mniej.

Jak inwestują najbogatsi? Oczywiście mają do dyspozycji wyspecjalizowane instytucje zajmujące się tzw. bankowością prywatną. Prym wiodą tutaj banki szwajcarskie – UBS, Credit Suisse, a także globalne giganty jak Citibank czy HSBC. Świadczone przez nie usługi daleko wykraczają poza to, co może uzyskać w banku przeciętny klient. Zamożni inwestorzy mogą na przykład liczyć na ochronę swojego majątku przed fiskusem dzięki takim formom prawnym jak fundacja, trust czy fundusz zamknięty. Fundację w Austrii ma na przykład jeden z najbogatszych Polaków – Jan Kulczyk. Standardem jest doradztwo w zakresie inwestowanie w sztukę (art banking) czy w wino (wine banking).

Dla finansowe elity przeznaczone są też niektóre fundusze hedgingowe. Działają w sposób niestandardowy – często zupełnie inny niż standardowe fundusze akcji czy obligacji, a rejestrowane są w rajach podatkowych (np. Bermudy czy Kajmany). Zarządzający takimi funduszami wolą zajmować się środkami np. kilkudziesięciu osób niż borykać się z rzeszą setek tysięcy inwestorów, którzy na przykład w panice będą wycofywać swoje oszczędności po większym spadku na giełdzie. Milionerzy są często skłonni podjąć znacznie większe ryzyko i są bardziej cierpliwi. Efektem są właśnie zamknięte fundusze hedge. Jednym z najbardziej znanych jest fundusz Medallion firmy Renaissance Technologies.

Fundusz przynosi średnio 38 proc. rocznie od 1989 roku i z uwagi na swoją bardzo zaawansowaną i tajemniczą strategię inwestycyjną określany jest jako największa enigma na Wall Street. Minimalne wpłaty w tego typu funduszach sięgają 20-50 mln dolarów przy czym same fundusze po zebraniu odpowiednich aktywów zamykają się na nowych inwestorów.

Do tej samej kategorii co fundusze hedge należą też inne zaawansowane technologicznie wynalazki rynku finansowego – produkty strukturyzowane, instrumenty pochodne, fundusze private equity/venture capital. W przypadku tych ostatnich milionerzy mają szansą uczestniczyć we wzroście wartości firm, które dopiero za kilka lat wejdą na giełdę – finansują rozwój obiecujących przedsięwzięć, by potem zainkasować wysoką stopę zwrotu. Zamożni inwestorzy, którzy mają już doświadczenie w biznesie często też na własną rękę szukają raczkujących biznesów, którym są skłonni pomagać nie tylko kapitałem ale też własnych doświadczeniem. Osoby takie określa się jako aniołów biznesu (business angels).

Bardzo znaczącą część swoich aktywów milionerzy angażują poza rynkiem finansowym – inwestują w sztukę, kolekcjonują samochody, biżuterię, a także inwestują w sport – kupują drużyny piłkarskie (przykład: Roman Abramowicz), koniec wyścigowe  itp. Kolekcje dóbr luksusowych (auta, samochody, samoloty) pochłaniają 26 proc. środków wydawanych przez milionerów w ramach inwestycji w pasje. Sztuka to 20 proc., biżuteria – 18, a sport – 6 proc. Efektem aktywności inwestycyjnej milionerów jest znikanie wielu bardzo wybitnych dzieł sztuki w prywatnych kolekcjach. Taki „los” spotkał na przykład obrazy polskie artysty Wilhelma Sasnala – ich wartość w ciągu ostatnich kilku lat wzrosła kilkudziesięciokrotnie. Sztuka jest więc postrzegana jako świetna forma lokaty kapitału – alternatywna dla rynku finansowego.

Według szacunków Merrill Lynch światowi krezusi między 16 a 24 proc. swoich środków lokują na rynku nieruchomości. Ostatnie kilka lat to niezwykle szybki rozwój tzw. Real Estate investment Trusts (REIT). Jest rodzaj firmy, której jedynym celem jest zbiorowe inwestowanie w nieruchomości i oddawanie swoich przychodów z wynajmu udziałowcom. Takie formy prawne uruchamiane są w kolejnych krajach – Niemczech, Włoszech czy Wielkiej Brytanii. Ostatnio REIT pojawiły się nawet w Bułgarii. Niestety wciąż nie są dostępne w Polsce – mamy natomiast zamknięte fundusze nieruchomości, działające jednak na nieco innych zasadach. Co ciekawe, połowa ze środków jakie milionerze kierują na rynek nieruchomości przeznaczana jest na zakup letnich rezydencji. Podobnie jak w przypadku zakupu dzieł sztuki czy zabytkowych aut mamy więc tutaj do czynienia z połączeniem walorów użytkowych i estetycznych z inwestycją.

Wraz ze wzrostem zamożności rośnie też często poczucie odpowiedzialności za środowisko, lokalną społeczność, a poza zyskiem liczy się też to czy np. dana firma działa w sposób etyczny. Efektem jest powstanie społecznie odpowiedzialnych form lokowania kapitału. Pod tym pojęciem może być ukryte inwestowanie zgodne z normami etycznymi (np. nie może to być produkcja broni) lub też inwestowanie w ekologię i firmy stawiające ochronę środowiska na pierwszym planie. Cały ten segment rynku będzie rozwijał się niezwykle dynamicznie.

Na energii odnawialnej czy w społecznie odpowiedzialnych funduszach można zarabiać ze świadomością, że czynimy dobro. Jednak najbogatsi ludzie na ziemi skłonni są także oddawać swoje pieniądze bez perspektywy ich zwrotu z zyskiem. Ostatnie kilka lat to rozwój filantropii na skalę dotąd niespotykaną – Bill Gates czy Warren Buffet przekazali na cele charytatywne dziesiątki miliardów dolarów, a więc pokaźną część swoich majątków. Według szacunków Merrill Lynch przeciętnie 10 proc. aktywów najbogatszych przeznaczane jest na cele dobroczynne.

Komentarze (3)
Baza i nadbudowa
 Oceń wpis
   

 

Marks mówił o bazie i nadbudowie. Za pomocą tych dwóch pojęć można opisać rynek finansowy. Baza od lat taka sama – chodzi o zysk. Nadbudowa rozrosła się do ogromnych rozmiarów. I coraz więcej kosztuje inwestorów.

Warren Buffet od ponad 40 lat kupuje firmy kierując się prostymi zasadami: inwestuje długoterminowo w perspektywiczne firmy, których działalność jest w stanie zrozumieć i ocenić bez pomocy doradców. Niby proste ale naśladowców na razie nie jest zbyt wielu. Buffet jest wyjątkiem na rynku finansowym. Obserwuję tendencję do zwiększania stopnia komplikacji strategii inwestycyjnych.

Sztandarowym przykładem jest Jim Simons, szef firmy Renaissance Technologies. Zarządzany przez niego fundusz Medallion określany jest jako największa enigma Wall Street. Od 1989 roku fundusz zarabia prawie 40 proc. rocznie. I jest to wynik netto – po potrąceniu ponad 40-proc. opłaty od zysku (!) oraz 5-proc. prowizji za zarządzanie (poziom dwukrotnie wyższy niż standardy w funduszach hedge). Warto dodać, że Buffet w ostatnim liście do udziałowców swojej firmy Berkshire Hathaway określił system pobierania opłat stosowany przez fundusze hedge jako „groteskowy”.

Jak zarabia Medallion? Tego nie wie nikt. Wiadomo, że inwestuje we wszystko i wszędzie, a Simons unika zatrudniania wyjadaczy z Wall Street – woli naukowców: matematyków (tak jak on sam), fizyków czy… astronomów. Jego zdaniem, łatwiej jest przewidzieć kurs komety niż notowania Citibanku jednak tylko na tym drugim można zarobić. I rzeczywiście zarabia, podobnie jak jego pracownicy, z których większość ma aktywa zarządzanych przez siebie funduszy.

Trudno znaleźć dwie bardziej odległe strategie inwestycyjne niż ta stosowana przez Buffeta i Simonsa. Do kogo należy przyszłość? Odpowiedź wcale nie jest prosta. Tym bardziej, że Simons wcale nie jest młodym wilkiem – jest zaledwie o 8 lat młodszy od 77-letniego Buffeta. Strategia Medalliona oparta o zaawansowane modele matematyczne jak na razie świetnie się sprawdza. Sporo jest jednak przykładów fiaska „złotych” recept na zarabianie. Chociażby założony przez noblistów fundusz LTCM. Wiele funduszy hedge poważnie ucierpiało w połowie tego roku (np. fundusz Global Alpha Goldmann Sachs stracił w sierpniu 22,5 proc.). Metoda „kupować dobre biznesy na zawsze” jest z pewnością znacznie mniej ryzykowna. I co ważne jest zrozumiała dla średnio rozgarniętego inwestora.

Wadą wielu zaawansowanych strategii są często wysokie koszty. A im lepsze wyniki tym inwestorzy są skłonni zaakceptować wyższe prowizje o czym przykład Medalliona dobitnie świadczy. Najważniejsze jest jednak to, by strategie były odpowiednio często modyfikowane i by w ramach danego funduszu stosowano wielu różnych konceptów na zarabianie. Opieranie się tylko na jednym może się skończyć tak jak w przypadku funduszu Amaranth, który w krótkim czasie stracił 2/3 aktywów inwestując w kontrakty na gaz ziemny. Innym zagrożeniem jest przekształcenie się funduszu z podmiotu wykorzystującego określone zjawiska w kreatora wydarzeń na rynku. Wielu zarządzających stara się na przykład analizować i kopiować strategię Medalliona, a Simons uruchomił niedawno fundusz dla firm w którym wg niego teoretycznie mogłoby się znaleźć 100 mld dolarów. Trudno żeby taki podmiot nie wpływał na rynek.

Nadbudowa jest jednak bardzo złożona i rozległa. Między Buffetem a Simonsem można znaleźć mnóstwo mniej lub bardziej ciekawych, mniej lub bardziej skomplikowanych pomysłów na zarabianie. Kluczowe jest moim zdaniem to, by każdy kto wpłaca gdzieś swoje pieniądze był w stanie pojąć to co się z nimi dzieje. Dla jednego inwestora pole manewru ograniczy się wówczas do otwartych funduszy inwestycyjnych działających na polskiej giełdzie. Inny wybierze lokatę strukturyzowaną gdzie zysk będzie zależny od opcji wystawionej na koszyk spółek azjatyckich. Niektórzy zaakceptują czarną skrzynką – o ile w ogóle będzie jeszcze otwarta na ich pieniądze. Nigde też nadbudowa nie może przesłonić bazy, czyli być dopasowana do indywidualnych potrzeb i profilu inwestora.

Komentarze (7)
Moda na zielone
 Oceń wpis
   

 

W tym 2007 roku kochaliśmy małe i średnie spółki. Do czasu. Co będzie w modzie w 2008? Stawiam na inwestycje odpowiedzialne społecznie. Oby tylko nie skończyło się podobnie jak z MiŚ-ami.
W najnowszym World Wealth Report przygotowanym przez Merrill Lynch i CapGemini sporo miejsca poświęcono inwestycjom odpowiedzialnym społecznie (social responsible investment). W ocenie banku inwestycyjnego może to być topowy temat inwestycyjny w przyszłym roku. Do tej kategorii zalicza się firmy zaangażowane w ochronę środowiska, produkcję energii odnawialnej, rozwój lokalnych społeczności itp. W ocenie Merrill Lynch inwestorzy o aktywach powyżej 1 mln dolarów (tzw. High Net Worth Individuals) już 9 proc. swoich aktywów lokują w sposób odpowiedzialny społecznie. A mają łącznie 37,2 biliona dolarów więc to nie przelewki.
W raporcie pojawia się jednak jedno ważne zdanie: „krytycy inwestycji odpowiedzialnych społecznie twierdzą, że selekcja spółek według kryteriów innych niż finansowe może skutkować niższym zyskiem”. I tu jest pies pogrzebany. W inwestowaniu każda moda może być zgubna. Gdy w 1999 i 2000 roku inwestorzy pompowali kursy dotcomów również nie było mowy o analizie wskaźników cena/zysk, a kupowało się świetlaną przyszłość. Wiele tych firm z czasem rzeczywiście osiągnęło sukces ale mnóstwo mocno rozczarowało inwestorów. W przypadku polskich giełdowych maluchów i średniaków inwestorzy również długo lekceważyli ostrzeżenia analityków, że wyceny są oderwane od fundamentów. Efekt znamy.
Na polskim rynku zaczęły już pojawiać się produkty finansowe opakowane w marketingową otoczkę odpowiedzialnych społecznie – zarabiamy na nowej energii, na zmianach klimatycznych czy na akcjach firm zaangażowanych w ochronę środowiska. Przedstawiciele instytucji finansowych będą nam opowiadać o spodziewanym deficycie wody pitnej, wzroście globalnej temperatury, zmniejszeniu areałów rolnych itp. To oczywiście bardzo poważne globalne problemy, którym ludzkość musi stawić czoła w najbliższych kilkudziesięciu latach.
A jak to się ma do prozy rynku finansowego? Średnio. W „zielonej otoczce” jeden z banków oferuje nam na przykład inwestycję w koszyk kilkunastu dużych światowych koncernów, które w swojej działalności zwracają dużą uwagę na ekologię. Czy to ma jakieś specjalne znacznie dla notowań ich akcji? Wątpię. Możemy też zapoznać się z ofertą funduszu inwestycyjnego który również opiera się na mniej lub bardziej zielonych spółkach ale limituje maksymalną stopę zwrotu do 10 proc. rocznie. Raczej niewiele. Możemy też na 5 lat wpłacić środki na lokatę opartą na funduszach inwestujących w spółki, które mają korzystać na ociepleniu klimatu. Czy klimat ociepli się przez te 5 lat, a określone firmy w efekcie zwiększą zyski co pociągnie za sobą wzrost cen akcji? Nie sądzę.
Oczywiście „zielony” biznes to nie tylko otoczka marketingowa. Na rynku dostępny jest specjalny indeks skupiający firmy zajmujące się energią odnawialną - WilderHill New Energy Global Innovation Index. W ciągu ostatnich 3 lat indeks zyskał aż 163 proc. Dla porównania WIG20 w tym czasie wzrósł o ok. 98 proc., a przecież polska giełda był jedną z najlepszych inwestycji na świecie. Jednocześnie jednak wskaźnik cena/zysk (relacja ceny akcji do zysku firm przypadającego na jedną akcję) w przypadku indeksu NEX wynosi średnio 66. Jest to średnia z wartości wskaźnik dla 56 spośród 88 firm wchodzących w skład indeksu (pozostałe nie mają zysków). W przypadku WIG20 wskaźnik cena/zysk to 18,08. Podobnie dla szerszego indeksu WIG.

Wniosek z tego, że spółki zajmujące się zieloną energią są już dość drogie. Ale oczywiście mogą być droższe jeśli nadal będą modne. Takie pompowanie dosyć wąskiego jednak segmentu rynku może skończyć się prędzej czy później głębszą korektą. Na razie jednak możemy oczekiwać wysypu społecznie odpowiedzialnych produktów inwestycyjnych. Należy je oceniać bez taryfy ulgowej – analizując konstrukcję produktu i przyglądając się aktywom, na których całość jest oparta. W międzyczasie być może podniesie się nieco poziom oceanów ale to już zupełnie inna historia.

Komentarze (10)
Komu zależy na wyższych stopach?
 Oceń wpis
   

 

Wyższe stopy procentowe? Świetnie. Będzie można więcej zarobić na lokatach strukturyzowanych. Przynajmniej w teorii.

Inflacja może w przyszłym roku sięgnąć 5 proc. Kolejne podwyżki stóp są więc już praktycznie przesądzone. Analiza obecnego układu rynkowych stóp procentowych pokazuje, że już za pół roku 3-miesięczny WIBOR (stopa po jakiej banki pożyczają sobie pieniądze) sięgnie 6,6 proc. Dzisiaj indeks ten wynosi niespełna 5,5 proc. To fatalne informacje dla osób spłacających kredyty w złotówkach – raty będą wyższe. Jednocześnie, więcej powinniśmy zarabiać na lokatach. Tutaj jednak wiele zależy od arbitralnych decyzji banków. Wyższe zyski będą przynosić obligacje, stając się silniejszą konkurencją dla giełdy. A jak wzrost stóp procentowych przełoży się na lokaty strukturyzowane? Sprawdźmy.

„Struktura” składa się z obligacji i opcji. Inwestując część środków powierzonych przez klienta w papiery dłużne instytucja finansowa zapewnia zwrot kapitału po określonym czasie. Załóżmy, że klient wpłaca 100 zł na 3 lata, a rentowność obligacji zerokuponowej wynosi 5,5 proc. By zapewnić inwestorowi zwrot 100 zł po 3 latach na obligację należy przeznaczyć 85,16 zł. Ta kwota, zainwestowana na 5,5 proc. rocznie po 3 latach będzie miała wartość 100 zł. Po zakupie obligacji instytucja finansowa ma więc 14,84 zł (tzw. dyskonto) na zakup opcji, a więc instrumentu finansowego dzięki któremu inwestor ma szansą osiągnąć dodatkowy zysk. Z tej kwoty potrącana jest uprzednio prowizja.

Obecnie stopy procentowe rosną, co oznacza, że obligacje mają coraz wyższe oprocentowanie -  rośnie dyskonto. W efekcie mamy więcej do wydania na opcję, a to oznacza wzrost partycypacji, czyli wskaźnika udziału w zmianie instrumentu bazowego (np. indeksu giełdowego czy akcji). Dla klienta jest to po prostu szansa na większy zarobek. O ile oczywiście instytucja finansowa nie wykorzysta okazji, by pobrać wyższą prowizję zamiast dodatkowe środki przeznaczać na zakup opcji.

Sprawdźmy jak bardzo mogą poprawić się parametry lokaty strukturyzowanej przy wzroście rynkowych stóp procentowych z poziomu 5,5 do 6,5 proc. Zakładamy, że opcja na indeks giełdowy, na którym opieramy naszą przykładową lokatę strukturyzowaną kosztuje 15 zł z każdych 100 zł wpłaconych przez klienta w przypadku okresu 3-letniego (wydając 15 zł na opcję uzyskalibyśmy 100-procentowy udział we wzroście indeksu). Dajemy również pełną gwarancję kapitału na koniec okresu inwestycji. Prowizja instytucji finansowej „zaszyta” w produkcie to 3 proc. a koszt „opakowania” w polisę na życie – 1,5 proc. Łączne koszty sięgają zatem 4,5 proc.

Oprocentowanie obligacji: 5,5 proc.

Oprocentowanie obligacji: 6,5 proc.

Jak widać, dzięki wyższym stopom procentowych w ramach lokat strukturyzowanych możemy zarabiać więcej przy zachowaniu pełnej gwarancji zwrotu kapitału. Trzeba jednak pamiętać, że ważnym elementem konstrukcji takich lokat jest również cena opcji. Zależy ona głównie od tzw. zmienności na rynku (im większa niepewność i skala wahań, np. na rynku akcji, tym droższa opcja). Na wycenę opcji wpływ mają również stopy procentowe. Rosnące stopy podnoszą cenę opcji jednak nie w tak silny sposób jak dzieje się to w przypadku wzrostu dyskonta.

Podsumowując, produkty strukturyzowane mogą więc stawać się bardziej atrakcyjne w środowisku rosnących stóp procentowych. Należy tego wymagać od instytucji finansowych oferujących „struktury”.

Komentarze (5)
Siedem trudnych pytań
 Oceń wpis
   
 

Przyszły rok będzie należał do lokat strukturyzowanych - klienci szukają alternatywnych form inwestowania. Jednocześnie widoczna jest determinacja instytucji finansowych, by wprowadzać do oferty „struktury”. Co ciekawe, obu stronom może się to opłacać. Inwestorzy indywidualni powinni być jednak ostrożni i wybierać z coraz bogatszego menu to, co najlepsze. Przed decyzją warto zadać przedstawicielom instytucji finansowych kilka „trudnych” pytań.

1. Co się dzieje z moimi pieniędzmi?

Jak dzielona jest kwota wpłacana przez inwestora? Jaka część idzie na zakup obligacji, jaka na opcję, a ile na prowizję instytucji finansowej. Oczywiście prowizja powinna być jak najniższa – rzędu 1 proc. za każdy rok trwania lokaty. Szansa, że otrzymamy pełną informację jest niewielka. Warto jednak pytać, by ocenić na ile otwarcie dana instytucja finansowa podchodzi do kwestii kosztów.

2. Jak będzie wyliczona stopa zwrotu

Przedstawiciel instytucji finansowej powinien dokładnie omówić wzór według którego wyliczony będzie finalny zysk inwestora. Im bardziej złożona będzie ta formuła tym bardziej wnikliwie należy jej się przyglądać. Warto także policzyć ile wyniósłby zysk z lokaty gdyby instrument finansowy, na którym jest oparta zmienił się o określoną wartość.

3. Na czym zarabiam?

Energia odnawialna? Surowce? Złoto? Zmiana klimatu? To za mało. Musimy wiedzieć dokładnie na jakich aktywach oparta jest lokata strukturyzowana. Jeśli złoto to czy są to akcje kopalń, kontrakty terminowe czy może cena spot (aktualna cena złota). Prośmy o wskazanie miejsc gdzie można znaleźć notowania. Może to być na przykład serwis Bloomberg, gdzie po wpisaniu odpowiednich kodów można uzyskać notowania większości instrumentów finansowych notowanych na światowych giełdach.

4. Jakie są wyniki historyczne?

Ile można byłoby zarobić, gdyby dany produkt finansowy funkcjonował w przeszłości? Taka symulacja powinna obejmować możliwie długi okres (o ile tylko dane aktywa mają odpowiednio długą historię). Symulacje za ostatnie kilka lat powinny budzić podejrzenia, że inwestycja sprawowała się świetnie tylko w czasie hossy. W prezentacji wyników historycznych powinny się znaleźć przynajmniej wysokości minimalnej, średniej i maksymalnej historycznej stopy zwrotu. Jeśli symulacji brakuje oczekujmy racjonalnego wyjaśnienia. Może wówczas chodzić o wykorzystanie prawidłowości rynkowej, która dopiero niedawno zaczęła funkcjonować.

5. Czy ktoś jeszcze coś takiego oferował?

Jeśli mamy do czynienia z bardziej złożonym pomysłem na zarabianie zawsze warto sprawdzić czy ktoś na nas nie eksperymentuje. Z reguły większość strategii była oferowana na rynkach Europy Zachodniej gdzie lokaty strukturyzowane są bardzo popularne. Nawet jednak jeśli koncept produktu jest prosty warto poszperać w Internecie i sprawdzić czy coś podobnego można znaleźć np. na rynku niemieckim. Wtedy będziemy w stanie porównać parametry produktu takie jak okres trwania i poziom partycypacji (udziału w zysku) itp. Jeśli polska wersja jest sporo gorsza wówczas prawdopodobnie jest to efekt wysokiej prowizji. Także na polskim rynku powoli zaczynają się pojawiać podobne do siebie produkty co pozwala na porównanie parametrów.

6. Gdzie będę mógł sprawdzić wyniki inwestycji?

Czy instytucja finansowa zamierza prezentować bieżącą wycenę lokaty? Należy pod tym rozumieć łączną wartość obligacji oraz opcji, a więc dwóch elementów składowych lokaty strukturyzowanej. Ta wartość jest istotna dla inwestorów, którzy biorą pod uwagę wycofanie środków przed terminem. Obok niej powinna być także podana tzw. wartość teoretyczna, a więc wysokość stopy zwrotu jaką uzyskałby inwestor, gdyby do zakończenia inwestycji nic się nie zmieniło. W praktyce chodzi o to, by pokazać, że indeks na którym oparta jest lokata wzrósł już np. o 10 proc. Nie oznacza to, że dzisiaj można wycofać się z 10-procentowym zyskiem. Można jednak dowiedzieć się ile dałaby zarobić lokata, gdyby w momencie jej zakończenia indeks miał taką właśnie wartość.

7. Czy mogę wypłacić środki przed czasem?

Najczęściej oczywiście tak. Diabeł tkwi w szczegółach. W najgorszym wypadku możemy liczyć na zwrot kwoty, którą wpłaciliśmy pomniejszonej o z góry ustaloną prowizję (często malejącą z każdym rokiem). W pierwszym roku 4-letniej lokaty może to być nawet 20 proc. Oznacza to, że instytucja finansowa oddaje nam mniej więcej tyle ile w danym momencie warta jest obligacja – a więc tylko jeden z składników lokaty strukturyzowanej. Na bardziej rozwiniętych rynkach standardem jest bieżąca wycena zarówno obligacji, jak i drugiego składnika „struktury”, czyli opcji. Inwestor może wówczas liczyć na zwrot sumy ich wartości, a więc dokładnie to co kupił na początku.

Na koniec możemy zapytać jaki zysk przyniesie dana lokata strukturyzowana. Każdy odpowiedzialny doradca finansowy powinien wówczas zastrzec, że pewność możemy mieć jedynie co do zwrotu gwarantowanego kapitału. Ostatecznie - na podstawie zebranych wcześniej informacji - samodzielnie musimy oszacować atrakcyjność inwestycji. Zaletą "struktur" jest z pewnością z góry określony poziom ryzyka - wiemy ile otrzymamy w najgorszym przypadku. Co ważne, kosztem tej gwarancji wcale nie musi być rezygnacja z zysku.

Komentarze (5)
Recepta na lokatę strukturyzowaną
 Oceń wpis
   

 

Punktem wyjścia przy tworzeniu lokaty strukturyzowanej może być prowizja – tak jak opisałem to w poprzednim wpisie. Nie oznacza to oczywiście, że efektem będzie kompletnie beznadziejny produkt. Znacznie lepszym pomysłem jest jednak wyjście od ustalenia strategii inwestycyjnej. Podstawowym założeniem powinien być wówczas maksymalny zysk dla klienta.

Oczywiście nie ma pewnych patentów na zarabianie. Zawsze jednak lepiej, gdy instytucja finansowa na pierwszym planie stawia maksymalizację zysku klienta, a nie swojego. Przykładowy proces decyzyjny mógłby wyglądać następująco:

Pytanie: Jaka strategia inwestycyjna powinna przynieść zysk i w jakim okresie?
Odpowiedź (przykładowa): Nie stawiamy na kontynuację hossy, szukamy więc strategii neutralnej, o niskiej korelacji z tradycyjnymi indeksami giełdowymi.

Pytanie: Jakie mamy możliwości i ile to kosztuje?
Odpowiedź: Do wyboru są bardziej złożone strategie opcyjne (outperformance, swing, straddle itp), wybrane instrumenty bazowe (specjalistyczne indeksy long/short, fundusze hedge). Wyceniamy prostą opcję call dla wybranych wariantów. Sprawdzamy wyniki historyczne w okresie kilkunastu ostatnich lat (o ile to możliwe) - porównujemy wyniki.

Pytanie: jaki okres produktu?
Odpowiedź: wybieramy okres w którym możemy zaoferować wysoką partycypację (w efekcie wyniki z symulacji historycznych są atrakcyjne) oraz gwarancję kapitału. Załóżmy, że są to 4 lata.

Pytanie: ile mamy do wydania?
Odpowiedź: Obliczamy wysokość dyskonta, a więc kwoty którą możemy wydać na opcję już po zakupie obligacji. W tym przypadku będzie to 17,73 zł z każdych 100 zł wpłaconych na lokatę*.

Pytanie: jakie może zaoferować parametry produktu?
Odpowiedź: opcja kosztuje 10 zł. Nasza prowizja to 1 proc. rocznie (w sumie 4 zł) więc do wydania mamy 13,73 zł (17,73 zł - 4 zł). Możemy więc zaoferować z góry określony poziom 130 proc. partycypacji we wzroście instrumentu bazowego (1,3 x 10 zł = 13 zł). Zostaje 0,73 zł. Jest to bufor bezpieczeństwa na wypadek gdyby opcja w momencie jej zakupu (po zakończeniu subskrypcji) miała inną cenę. Innym rozwiązaniem jest zaproponowanie partycypacji między 120 a 140 proc.

Możemy też zdecydować się na pobranie prowizji od klienta i wówczas na opcję przeznaczona zostanie kwota ok. 17 zł co zapewni 170 proc. partycypacji. Od strony inwestycyjnej drugie rozwiązanie powinno być lepsze w sytuacji, gdy dodatkowy zysk wynikający w wyższej partycypacji będzie wyższy od zapłaconej na początku prowizji. Może być jednak problem z przekonaniem klientów do inwestycji w sytuacji gdy prowizja jest pobierana w sposób otwarty. Standardem na polskim rynku jest ukrywanie prowizji w konstrukcji lokaty, a więc wariant pierwszy.

* zakładając, że obligacje dają rocznie 5 proc. dzisiaj musimy zainwestować w nie 82,27 zł, by za 4 lata otrzymać 100 zł. W ten sposób zapewniana jest gwarancja kapitału w lokatach strukturyzowanych. Różnica między 100 zł a 82,27 zł to dyskonto – kwota, za którą możemy kupić opcję, by dać klientowi szansę, że po 4 latach otrzyma coś więcej niż tylko 100 zł.

Definicje pojęć:
Opcja call – opcja która pozwala zarabiać na wzroście określonego instrumentu finansowego
Outperformance – zarabiamy na różnicy między wynikami dwóch instrumentów, niezależnie od tego czy rosną czy spadają
Swing – zysk jest liczony jako wartość bezwzględna najmniejszego odchylenia spośród koszyka indeksów czy akcji spółek – można więc zarobić, gdy wszystko spadnie.
Straddle (a dokładnie long straddle) – złożenie opcji call (zarabiamy na wzrostach) i put (zarabiamy na spadku).
Instrument bazowy – coś na czym opiera się lokata strukturyzowana, a więc na przykład indeks giełdowy, cena złota czy notowania funduszu.

Komentarze (1)
Jak się robi lokaty strukturyzowane
 Oceń wpis
   
 
Podatek Belki wypromował fundusze inwestycyjne. Dzięki spadkom na giełdzie furorę robią lokaty strukturyzowane. Dla wielu banków jest to po prostu kolejna okazja, by zainkasować prowizję – mimo, że klient nie chce już kupić funduszu małych i średnich spółek ale weźmie lokatę z gwarancją kapitału opartą o akcje chińskie.
„Struktury” są jak nóż – możne je wykorzystać w dobrym i złym celu, wszystko zależy od intencji. Z jednej strony dają olbrzymie możliwości – klienci mogą zarabiać praktycznie na wszystkim i w każdych warunkach rynkowych. Z drugiej strony, specyfika konstrukcji lokat strukturyzowanych pozwala instytucjom finansowym ukrywać opłaty.
To nieprawda, że zawsze są one wysokie – z reguły są niższe niż w funduszach. Często jednak bywają mocno przesadzone i praktycznie nigdy nie są jawnie prezentowane klientom, a to zawsze budzi podejrzenia. Najgorsze jest jednak to, że poziom prowizji jest z reguły punktem wyjściowym przy tworzeniu takich lokat. Wybór strategii inwestycyjnej i parametrów lokaty jest rzeczą wtórną. Poniżej przykład patologicznego ale powszechnego w Polsce procesu decyzyjnego, który poprzedza uruchomienie lokaty strukturyzowanej.
Pytanie: jaką prowizję musimy zainkasować? Odpowiedź: 5 proc.
Pytanie: jaki okres inwestycji? Odpowiedź: 3 lata będą najbardziej strawne dla klientów, przy krótszym okresie nie będziemy w stanie wmontować 5 proc. prowizji a dłuższą lokatę może być trudniej sprzedać.
Pytanie: czy konieczna jest gwarancja zwrotu kapitału? Odpowiedź: tak, klienci zwracają na to uwagę. Mamy ich przecież skłonić do przeniesienia pieniędzy z depozytów.
Pytanie: czy możemy wziąć prowizję od klienta? Odpowiedź: nie, jeśli to możliwe - wówczas łatwiej sprzedać produkt
Pytanie: ile mamy do wydania na opcję? Odpowiedź: załóżmy, że stopa procentowa wynosi 5 proc. Jaką kwotę musimy dzisiaj zainwestować w obligacje, by po 3 latach uzyskać to co wpłacamy dzisiaj? Obliczamy to dla 100 zł zainwestowanych w lokatę. Kwota za którą trzeba kupić obligacje = 100 / (1+0,05)^3 = 86,38 zł. Wartość dyskonta (kwota którą dysponujemy) wynosi: 100 zł - 86,38 zł = 13,62 zł. Tę kwotę trzeba pomniejszyć o prowizję w wysokości 5 zł (5 proc. od 100 zł). Ostatecznie do wydania na zakup opcji zostaje 8,62 zł.
Pytanie: jaką opcję kupić, a więc jaką wybrać strategię inwestycyjną? Odpowiedź: produkt musi być wizualnie i marketingowo atrakcyjny dla klienta. Wybieramy 10 spółek z bardzo „modnej branży" (np. energia odnawialna). Opcja która pozwoli uzyskać 100 proc. udziału we wzroście notowań tych spółek kosztuje aż 25 zł. Mamy do wydania tylko 8,62 zł. Kupujemy opcję z tzw. uśrednianiem azjatyckim (stopa zwrotu obliczana jako średnia z obserwacji w kolejnych 12 kwartałach). Opcja kosztuje tylko 14,38 zł, bo daje z reguły mniejszy zysk. My możemy jednak kupić tylko 60 proc. tej opcji (8,63 zł / 14,38 zł), a to oznacza wskaźnik udziału we wzroście koszyka spółek (tzw. partycypacja) na poziomie 60 proc. Podajemy więc, że partycypacja zmieści się w przedziale od 50 do 80 proc., a jej ostateczna wartość zostanie podana po zakończeniu zapisów. Ustalenie partycypacji w widełkach jest niezbędne - opcję będziemy kupować po zakończeniu zbierania pieniędzy od klientów, nie znamy jej dokładnej ceny więc musimy się zabezpieczyć. Jeśli opcja okaże się droższa wówczas damy niższą partycypację i odwrotnie. Ostatecznie, wynik końcowy z lokaty będzie obliczony jako 60 proc. średniej z 12 kwartalnych obserwacji wartości koszyka spółek. Jeśli notowania spółek będą rosły o 3 pkt proc. miesięcznie (w sumie o 36 proc. w ciągu 3 lat) zysk z lokaty wyniesie 11,7 proc. W materiałach informacyjnych pokazujemy świetne wyniki spółek za ostatnie 3 lata pomijając wcześniejsze notowania.
I tak powstała kolejna lokata strukturyzowana. Jeśli bank będzie miał szczęście i akcje nadal będą dynamiczne rosły wówczas lokata przyniesie kilkanaście procent zysku. Ten wynik będzie można zestawić ze zwykłą lokatą bankową i uznać za sukces. W rzeczywistości to będzie przypadek. Proces tworzenia lokaty strukturyzowanej wcale nie musi tak wyglądać.
Komentarze (9)
1 | 2 | 3 | 4 |
Najnowsze wpisy
2010-06-25 20:15 Quo vadis struktury?
2008-11-30 11:59 Toksyczne aktywa czy błędy zarządów?
2008-11-12 15:02 Recesja to nie zawsze bessa
2008-10-24 17:28 Drżyjcie przyszli emeryci
2008-10-15 09:46 Na kryzys - gwarancja kapitału
Najnowsze komentarze
2015-02-15 09:47
wispawel12:
Drżyjcie przyszli emeryci
Nasza propozycja Nie czekaj przyjmij pomocną dłoń! Uległeś wypadkowi?Doznałeś obrażeń?Nie[...]
2014-01-06 19:31
najlepszeprezenty.com.pl:
1:0 dla Banku Pocztowego
:)
2014-01-02 12:53
inwestycje-finanse:
Quo vadis struktury?
Dodam, że na strukturach straciłem dużo. Nie polecam!
O mnie
Maciej Kossowski
Prezes firmy Wealth Solutions
Kategorie
Ogólne