Quo vadis struktury?
 Oceń wpis
   

Euforia na początku bessy i oczekiwania dalszych zysków niezależnie od rozwoju sytuacji na giełdzie. Następnie rozczarowanie inwestycjami zakończonymi w większości zwrotem wpłaconego kapitału. Co dalej z produktami strukturyzowanymi? Czy znajdą trwałe miejsce na rynku czy trafią na margines?

Przepis na bezpieczną jazdę

Inwestowanie w struktury można porównać do jazdy super bezpiecznym samochodem – możemy się rozpędzić, bo w razie wypadku chroni nas zestaw poduszek powietrznych. O ile jednak w aucie ryzyko zawsze istnieje, a przed zderzeniem z tirem nie uchronią najlepsze zabezpieczenia, o tyle struktury dają stuprocentowe bezpieczeństwo. Niezależnie od sytuacji mamy gwarancję zwrotu określonej całości i częściej włożonych pieniędzy.
 
Przepis na strukturę jest prosty. Pieniądze należy podzielić na dwie części – większość włożyć na bezpieczną lokatę bankową lub kupić obligacje. Niewielką część zainwestować bardzo ryzykownie – w opcję, a więc formę zakładu o to jak w przyszłości zachowają się akcje jakiejś spółki, ceny złota czy notowania miedzi. O ile pierwsza część tej konstrukcji to sprawa prosta – każdy może założyć lokatę – o tyle zakup odpowiedniej opcji nie jest już sprawą łatwą.

Opcje na zamówienie

Opcje stosowane w strukturach szyte są na miarę – nie można ich kupić na giełdzie. Dlatego samodzielne złożenie struktury jest niemożliwe w przypadku osób, które nie dysponują kwotami rzędu 3-4 mln złotych. Z pomocą opcji dostępnych na naszej giełdzie można co prawda zrobić taki produkt przy mniejszym nakładzie środków jednak możliwości co do okresu inwestycji i dostępnych aktywów są bardzo ograniczone.
 
Dlaczego właśnie opcje? Opcja to instrument pochodny który w uproszczeniu pozwala sporo zarobić przy niewielkim nakładzie środków. Najczęściej stosowana w strukturach jest opcja call, czyli opcja kupna. Pozwala ona kupić prawo do zysku z danego instrumentu finansowego. Załóżmy że akcja Spółki X kosztuje np. 100 złotych, a inwestor liczy na wzrost notowań w ciągu roku. Może wówczas kupić tę akcję wydając 100 złotych. Może jednak kupić prawo do zysku z akcji, a więc opcję call z terminem realizacji za rok. Jeśli po roku akcja będzie kosztować 150 złotych inwestor dostanie 50 złotych. Jeśli podrożeje do 200 zainkasuje 100 złotych. A jeśli spadnie poniżej początkowej ceny 100 zł? Inwestor nie dostanie nic i straci to co wydał na opcję.

Ile taka opcja może kosztować? To zależy od bardzo wielu czynników, a model wyceny opcji jest dosyć skomplikowany. Orientacyjnie może to być ok. 20 złotych, a więc 20 procent ceny akcji. Zamiast więc wykładać całe 100 złotych można wydać jedynie 20 na opcję i kupić prawo do zysku z akcji. Strata jest ograniczona do ceny opcji a potencjalny zysk może być wielokrotnie wyższy niż pieniądze wydane na jej zakup.

Oczywiście opcja w wersji saute jest instrumentem bardzo ryzykownym. Możemy przecież stracić wszystkie pieniądze, wystarczy że w tym przykładzie akcje Spółki X po roku notowane będą poniżej 100 złotych. Dlatego właśnie w strukturze znaczna część środków jest inwestowania na stały procent – w depozyt lub obligacje. Nasz inwestor zamiast wydawać 100 złotych na zakup akcji wydał tylko 20 zł na opcję. Pozostałe 80 zł może więc ulokować bezpiecznie np. na lokacie oprocentowanej stawką 5,55 procent. Po roku dostanie wiec 85 zł. Jeśli akcja zdrożeje dodatkowo otrzyma zysk z opcji. Jeśli notowania akcji wzrosną o 15 procent zysk ten wyniesie 15 zł, a więc łącznie nasz inwestor dostanie zwrot swoich początkowych 100 zł. Musi więc liczyć na wyższy wzrost – jeśli będzie to 55 procent wówczas dostanie 85 zł z lokaty i 55 zł z opcji – łącznie 140 zł, czyli o 40 procent więcej niż wpłacił.

Inwestor mógłby oczywiście kupić dzisiaj akcję spółki X za całe 100 złotych. Po roku miałby więcej lub mniej – zależnie od wyceny akcji. W przypadku struktury ma pewność że nie straci więcej niż 15 procent nawet jeśli spółka, którą wybrał zmniejszy swą wartość o np. połowę. W przypadku wzrostu musi jednak odrobić 15 procent, bo część środków zdeponowana na lokacie nie zdąży urosnąć do początkowych 100 złotych, a jedynie do 85. Coś za coś. Struktura jest więc po prostu alternatywnym sposobem inwestowania w akcje czy inne instrumenty finansowe – zapewnia poduszkę powietrzną w razie „kraksy”.

Zysk za ryzyko..

Tak wygląda w uproszczeniu konstrukcja produktu strukturyzowanego z gwarancją kapitału na poziomie 85 procent. Oczywiście możliwości jest znacznie więcej. Ochrona może dotyczyć całości wpłaconych pieniędzy, wówczas inwestor musiałby ograniczyć swój udział we wzrośnie notowań akcji Spółki X – zmniejszy się bowiem pula środków, które można przeznaczyć na zakup opcji. Jeśli inwestor jest przekonany o wzroście notowań gwarancję można obniżyć np. do 70 procent w zamian za wyższy udział we wzroście ceny akcji – za każdą złotówkę o którą podrożeje akcja inwestor mógłby otrzymać np. 2 złote.

W praktyce produkty te konstruowane są przez instytucje finansowe – inwestorzy sami nie dzielą swoich pieniędzy na dwie kupki. Oznacza to że część środków po zakupie opcji i złożeniu depozytu przeznaczana jest na prowizję dystrybutora, która wynosi najczęściej kilka procent. Co ważne taki koszt ponoszony jest tylko raz – w momencie uruchomienia produktu. Już po starcie struktura jest dla inwestora bezkosztowa – w przeciwieństwie do funduszy inwestycyjnych, które potrącają co roku opłatę za zarządzanie od aktualnej wartości aktywów.

Dystrybutorzy struktur z reguły starają się oferować produkt z wysoką gwarancją kapitału – 95 czy 100 procent. Niestety wyższe bezpieczeństwo to również mniejsza szansa na zysk. Działa prosta zasada – im niższa gwarancja kapitału tym większa kwota może być przeznaczona na opcję, jest „silnikiem” każdej struktury. Im większa pojemność silnika tym lepsze „osiągi” auta. Tak samo jest ze strukturami.

..a może zysk bez ryzyka?

Niestety jest wiele produktów przedstawianych jako rozwiązania niezwykle bezpieczne i jednocześnie dające szanse na bardzo wysokie zyski. Możliwości zaciemnienia opisanej wyżej prostej zależności jest całkiem sporo. Niewiele struktur opartych jest o prostą opcję i proste aktywa tak jak w opisanym wyżej przykładzie. Większość produktów jest bardziej skomplikowana co czasem nie jest zbyt korzystne dla inwestorów.

Bardzo popularne na polskim rynku było i nadal jest opieranie struktur na wyrafinowanych strategiach inwestycyjnych przypominających fundusze hedge. Mają one za zadanie zarabiać w każdych warunkach rynkowych np. dzięki aktywnej alokacji pomiędzy rożnego rodzaju aktywa (akcje, surowce obligacje) łącznie z możliwością zajmowania krótkiej pozycji (zarabiania na spadkach). Kreatywność zagranicznych banków inwestycyjnych jest dosyć duża.

Niestety wyniki inwestycyjne tych strategii wielokrotnie nie spełniają oczekiwań inwestorów. Jednocześnie są nadal powszechnie wykorzystywane przez instytucje finansowe. Powód jest prosty – tanie opcje, a więc możliwość konstrukcji produktu z wysoką (często 100-procentową) ochroną kapitału oraz udziałem we wzroście notowań strategii, której potencjału inwestor nie jest w stanie ocenić. Historyczne wyniki oczywiście wyglądają atrakcyjnie ale przykłady wielu produktów dowodzą, że nie można na nich opierać prognoz na przyszłość.

Prawo o niskiej pojemności silnika działa nieubłaganie – wysoki zysk jest możliwy przy podjęciu dodatkowego ryzyka, a więc dopuszczeniu straty 10 czy 20 procent kapitału. Nawet w takiej wersji struktury są konkurencją dla bezpośredniej inwestycji na rynku akcji czy surowców – pozwalają kontrolować ryzyko co w dzisiejszych czasach jest niezwykle cenne.

Czas prostych rozwiązań

A więc quo vadis struktury? Czas na proste produkty, które nie próbują udawać, że handel wymienny między zyskiem a ryzykiem przestał funkcjonować. Czas na produkty oparte o aktywa które są zrozumiałe dla inwestorów. Załóżmy że inwestor zdecyduje się na strukturę opartą o WIG20, a indeks w tym czasie spadnie o 50 procent. Zwrot 90 procent kapitału ze struktury będzie dla inwestora zrozumiały, powinien też być odebrany pozytywnie – przecież alternatywą była strata połowy pieniędzy.

Gorzej jeśli struktura została oparta o skomplikowaną strategię, którą miała przecież zarabiać zawsze, a przyniosła stratę. Wówczas nietrudno o rozczarowanie inwestora strukturami jako całą kategorią produktów finansowych. To byłby błąd, bo struktury dają niezwykle szerokie możliwości inwestowania – mogą chronić kapitał, pozwalają obstawiać dowolne scenariusze rynkowe, dają dostęp do aktywów niedostępnych indywidualnym inwestorom, umożliwiają inwestycję bez ryzyka kursowego w instrumenty zagraniczne. To wystarczy by znalazły stabilne miejsce na polskim rynku finansowym.

Komentarze (39)
Toksyczne aktywa czy błędy zarządów?
 Oceń wpis
   

 

No i mamy swoje "toksyczne aktywa" - jak wyraził się Waldemar Pawlak o opcjach walutowych pogrążających teraz niektóre polskie firmy. Absolutnie nie wierzę w to że zarządy firm dały się wpuścić w maliny sprytnym bankom i kupiły coś czego zupełnie nie rozumiały. Przecież każdy przedsiębiorca wie że bank nie jest dobrym wujkiem - bank zawsze chce firmie coś sprzedać. Może to być kredyt obrotowy a mogą to być opcje walutowe. Można nie rozumieć opcji. Ale zasada ograniczonego zaufania w stosunku do banku który przychodzi z jakimś panaceum to podstawa.

A jak to mogło działać? Mamy połowę roku 2008. Eksporterzy jak zawsze martwią się coraz silniejszą złotówką. Dotychczas wspierali się kontraktami forward - sprzedawali naszą walutę na termin, zapewniali sobie że jak dostaną od swoich kontrahentów 1 mln euro za kilka miesięcy to będą je mogli sprzedać w banku po określonym kursie. No tak ale przecież złoty może się jednak osłabić - kurs może być wyższy, wtedy - myślał eksporter - stracę bo będę musiał sprzedać euro po 3,50 zł zamiast po 3,60.

Banki proponowały więc opcje. Ponieważ eksporter boi się że euro będzie tanieć może kupić od banku opcję put. Jesli kurs wykonania takiej opcji będzie wynosił np. 3,30 zł za euro, a w momencie jej wykonania za wspólną walutę na rynku będzie się płacić tylko 3,10 zł wówczas eksporter zarobi na opcji różnicę między 3,30 a 3,10 zł. Więc w rzeczywistości sprzeda swoje zarobione euro po 3,30 zł. A gdyby euro jednak poszło w górę np. do 3,40? Wówczas opcja wygaśnie out of the money - eksporter straci swoją premię no ale będzie mógł sprzedać zarobione euro po 3,40 zł.

No tak ale jeszcze jest do zapłacenie premia za zakup opcji put - koszt zabezpieczenia. Czy można jej nie płacić szanowny banku? No tak, oczywiście jest taka możliwość - eksporter może sam wystawić opcję. Tym razem opcję call. Jeśli euro przekroczy np. poziom 3,70 zł wówczas eksporter będzie musiał bankowi zapłacić nadwyżkę ponad ten kurs. No ale przecież wtedy będzie też mógł drożej sprzedać zarobione euro - nie straci. Czy na pewno?

Opcja call którą wystawia eksporter w momencie jej wystawienia jest out of the money. Kurs euro wynosi np. 3,40 zł. Eksporter będzie płacil bankowi dopiero po przekroczeniu 3,70 zł. Taka opcja nie jest wiele warta - premia jaką eksporter za nią dostanie nie jest na tyle wysoka by wystarczyła na zakup opcji put. Tym bardziej, że eksporter może chcieć kupić opcję put in the money - a więc mimo że euro kosztuje 3,30 może chcieć sobie zapewnić że zarobi, o ile np. za 3 miesiące będzie tańsze niż 3,40 zl. Taka opcja jest bardzo droga bo już w momencie zakupu na wartość wewnętrzną.

By sfinansować swoją opcję put eksporter musi więc wystawić opcje call na bardzo duży nominał. Mimo więc że spodziewa sie płatności np. na 1 mln euro wystawione przez niego opcje będą opiewać np. na 10 czy 20 mln euro. Dzięki temu eksporter ma "za darmo" zabezpieczenie przez dalszym umacnianiem sie złotówki - zapewnia sobie sprzedaż euro nawet po wyższym poziomie niż zwykły kurs terminowy w transakcji forward, bo to on decyduje o tym jaki będzie poziom wykonania opcji put. Ponosi oczywiście ogromne ryzyko ale zakłada że szansa na tak znaczne osłabienie złotówki jest niewielka.

Niestety ten czarny scenariusz się realizuje. Eksporter jest winny bankowi krocie. I zarząd zaczyna kombinować w stylu: "nie wiedzieliśmy jak to działa".

Warren Buffett (którego chyba zbyt często tutaj przywołuję) twierdzi, że osobiście monitoruje wszystkie swoje transakcje instrumentami pochodnymi - widać wie że to bardzo niebezpieczne narzędzia o ile korzysta się z nich bez pełnej kontroli i wiedzy. Ale nawet Buffett teraz ma problemy bo wystawił opcje put za ogromne pieniędze (ok. 4,5 mld dolarów) - założył się z rynkiem że za 10 czy 15 lat indeksy giełd amerykańskich nie będą niżej niż kilka miesięcy temu gdy te opcje wystawiał. Od tego czasu indeksy sporo poleciały w dół. Jest jeszcze czas do wykonania opcji ale podejrzewam że Buffett musi tworzyć spore rezerwy na pokrycie tych przyszłych, ewentualnych płatności co pogarsza wynik Berkshire Hathaway.

Nie wierzę, że zarządy polskich spółek działały nieświadomie. Mogły oczywiście nie rozumieć do końca mechanizmu perpetuum mobile który zapropnowały im banki. Ale musiały się jednak zastanowić nad tym że coś tu nie gra skoro to rozwiązanie jest tak cudowne - darmowe zabezpieczenie przed ryzykiem kursowym.

Komentarze (28)
Recesja to nie zawsze bessa
 Oceń wpis
   

 

Mówi się często że rynki finansowe z wyprzedzeniem dyskontują sytuację w realnej gospodarce. Ciekawy materiał który potwierdza tę tezą opublikował właśnie Morningstar. Przeanalizowano tam zachowanie rynku akcji w czasie dziewieciu recesji jakie dotknęły USA po II wojnie światowej.

Okazuje się, że w czasie recesji rynek akcji - mierzony indeksem S&P 500 - częściej zyskiwał niż tracił. Przeciętnie był to wzrost o 4 proc. w czasie trwających średnio 10 miesięcy okresów dekoniunktury gospodarczej. Gorzej było przed, a lepiej po. Ostatni rok przed recesją to średnio 5-procentowy spadek S&P 500, a sześć miesięcy tuż po recesji to przeciętnie 9 procent wzrostu tego indeksu.3 lata po zakończeniu recesji notowania 500 największych spółek średnio były już 28 proc. wyżej.

Dodajmy, że w przypadku USA skala spadków na giełdzie dorównuje już najbardziej dotkliwym bessom w powojennej historii tego kraju (1973-1975, 2000-2002). W przypadku Polski to co obserwujemy ostatnio można porównać tylko z rokiem 1994 kiedy indeks WIG stracił 72 proc. Działo się to jednak w czasach gdy giełda jeszcze raczkowała - rynek był płytki, a spółek niewiele.

Może więc Warren Buffet słusznie doradza zakupy?

Komentarze (15)
Drżyjcie przyszli emeryci
 Oceń wpis
   

 

Kryzys zjadł wszystko to co zarobiły dla nas OFE – nastraszyła wczoraj Gazeta Wyborcza powołując się na obliczenia Komisji Nadzoru Finansowego. Dzisiaj ta informacja została sprostowana na łamach „GW” - po protestach OFE, KNF przyznał się do pomyłki. Okazało się, że spadki na giełdzie pochłonęły nie wszystkie ale jedynie połowę z zysków jakie wypracowały dla nas OFE – zostało jeszcze 24,8 mld zł. W międzyczasie jednak niusa Gazety Wyborczej na pierwszej stronie wykorzystał Super Express - w swoim "wyważonym" stylu. Słowem: drżyjcie przyszli emeryci.

Czy operowanie kwotami miliardów złotych w tym przypadku w ogóle ma sens? Aktywa OFE rosną systematycznie z roku na rok. W roku 2005 OFE wypracowały ponad 10 mld zł zysku ale przy aktywach rzędu 63 mld zł (w styczniu 2005). W 2004 zarobiły ponad 7 mld zł zaczynając rok z 46 miliardami złotych z naszych składek emerytalnych. Jaki sens ma sumowanie zysków z lat poprzednich i porównywanie ich ze stratą w ostatnim okresie kiedy aktywa OFE sięgają 140 mld złotych? Niewielki.  Oczywiście, że w takim ujęciu kwoty strat realizowanych przy wysokich aktywach będą relatywnie wysokie w porównaniu z zyskami osiąganymi przy aktywach znacznie niższych.

Jeśli spojrzymy na wyniki OFE w ujęciu procentowym sytuacja wygląda zupełnie inaczej. Od początku działalności w 1999 roku OFE są na plusie od 118 do 148 proc. I to mimo ujemnych wyników w tym roku, które sięgają 15 – 19 proc. Nie ma więc mowy o stratach które zjadają połowę zysków.

Na szczęście osoby oszczędzające w OFE nie mają możliwości wycofywania swoich pieniędzy. Po takich publikacjach pewnie miałyby miejsce masowe umorzenia  jednostek. I spadki na giełdzie byłby jeszcze wyższe. Brawo media.

Komentarze (21)
Na kryzys - gwarancja kapitału
 Oceń wpis
   

 

W czasach, gdy inwestorzy w kilka miesięcy tracą na giełdach połowę kapitału szczególnej wartości nabiera gwarancja zwrotu wpłaconych środków. Choćby nawet odległa w czasie. Idea jest prosta: zostawiamy sobie szansę na zysk powyżej bankowego depozytu ale jednocześnie zabezpieczamy swoje oszczędności przed dramatyczną erozją. Jak to może działać w praktyce? Pokażmy to na przykładzie.

Rok temu Pan X zainwestował w fundusz BRIC, a więc w akcje spółek z Brazylii, Rosji, Indii i Chin. Podobnie jak wielu analityków, Pan X wierzył, że zarobi szybko i dużo. Niestety od 6 września 2007 do 10 października 2008 fundusz stracił już  53 proc. Warto dodać, że Pan X kupił jednostki funduszu w dolarach w czasie gdy jeden dolar kosztował 2,79 zł. Dzisiaj za amerykańską walutę płaci się ok. 2,60 zł – Pan X stracił więc nie tylko na spadku funduszu ale także na kursie. Mogło być gorzej. Gdyby Pan X wszedł do funduszu 31 października 2007 wówczas strata w przeliczeniu na złotówki sięgnęłaby nawet 60 proc. Odrobienie takiego spadku wymaga już ponad 100 proc. wzrostu aktywów, które pozostały po przecenie. I to przy założeniu, że dolar ponownie nie spadnie do poziomów sprzed kilku miesięcy (niewiele ponad 2 zł).

Spójrzmy teraz na Pana Y. Podobnie jak Pan X, rok temu zdecydował się na inwestycję w BRIC. Wybrał jednak inne rozwiązanie – 6-letni fundusz zamknięty, który z jednej strony zapewniał mu udział we wzroście akcji spółek Brazylii, Rosji, Indii i Chin, ale jednocześnie dawał gwarancję zwrotu kapitału na koniec okresu inwestycji. Pan Y w rzeczywistości zainwestował większość swojego kapitału w bezpieczne obligacje, a jedynie niewielką część w ryzykowny instrument finansowy jakim jest opcja. To dzięki opcji uzyskał prawo do ewentualnego zysku z akcji BRIC. Dodajmy, że inwestycja Pana Y denominowana jest w złotówkach – inwestor nie ponosi więc ryzyka kursowego.

W jakiej sytuacji jest teraz Pan Y? Oczywiście opcja, którą instytucja finansowa „wmontowała” w fundusz ma dzisiaj mniejszą wartość – akcje firm z regionu BRIC silnie potaniały. Fundusz będzie jednak działał jeszcze przez 5 lat a rynki wschodzące mogą w tym czasie odrobić straty. Pan Y może więc poczekać. Ale ma też możliwość wycofania swoich środków dzisiaj. Poniesie wówczas stratę jedynie rzędu 10 proc - jego kapitał w dużym stopniu zabezpieczają obligacje. Mimo znaczących spadków na giełdach ma szansę wycofać swoje pieniądze z akceptowalną stratą. W przeciwieństwie do Pana X, który musiałby pożegnać się z połową kapitału.

W czasach tak ogromnej niepewności produkty z gwarancją kapitału mają niezaprzeczalne zalety. Inwestując na 3 czy 4 lata mamy oczywiście pewność odzyskania tego co wpłaciliśmy. Ponieważ jednak nasza inwestycja opiera się w dużym stopniu o obligacje, także w trakcie jej trwania nie jesteśmy narażeni na dramatyczne wahania. Jeśli źle obstawimy rynkowy scenariusz – a to zdarza się najlepszym inwestorom - wówczas możemy wycofać się ze stratami, które są możliwe do zaakceptowania.

Dla przykładu, w przypadku 4-letniej inwestycji skonstruowanej tak, by zapewniała 100-proc. gwarancję kapitału, z jednej strony możemy mieć szansę na wysoki zysk, a jednocześnie praktycznie nie mamy ryzyka straty wyższej niż 25-30 proc. – część obligacyjna stabilizuje nasz wynik. Inwestując bez ochrony kapitału musimy się liczyć ze stratą rzędu 60 czy 70 proc., która w praktyce jest bardzo trudna do odrobienia nawet w perspektywie wielu lat.

Komentarze (14)
Te straszne instrumenty pochodne
 Oceń wpis
   

 

Robert Gwiazdowski na swoim blogu do jednego worka wrzucił bankructwo Lehman Brothers i produkty strukturyzowane. Jego zdaniem problemy sektora finansowego to efekt namnożenia się różnego rodzaju instrumentów pochodnych, w których pogubili się sami bankowcy. A jak wiadomo instrumeny pochodne stosowane są także w produktach strukturyzowanych. A więc wszystko jasne.

Z tym że bankierzy przekombinowali można się zgodzić. Bear Stearns tuż przed bankructwem miał "na książkach" 750 000 różnego rodzaju instrumentów pochodnych. W dużej części mocno wyrafinowanych. Analiza takiego portfela musiałby trwać latami. Zgoda więc - banki inwestycyjne w wielu przypadkach przegięły. Nadbudowa przerosła bazę (parafrazując Marksa).

Warto jednak przypomnieć że banki inwestycyjne przejechały się pewnej określonej kategorii instrumentów finansowych zależnych od pewnego określonego sektora rynku - a mianowicie na "przepakowanych" w formę papierów wartościowych kredytach hipotecznych podwyższonego ryzyka. Nie można przy tej okazji potępiać w czambuł wszystkich efektów ewolucji rynku finansowego, których efektem są teraz m.in. produkty strukturyzowane.

Nawiasem mówiąc, w zdecydowanej większości produktów strukturyzowanych wykorzystywana jest prosta opcja kupna . To naprawdę nie jest szczególnie wyrafinowany instrument pochodny. A działa następująco: "płacę Tobie 10 zł dzisiaj za prawo do zysku ze wzrostu np. akcji spółki X. Jeśli zysku nie będzie tracę swoje 10 zł". Przecież to konstrukcja analogiczna do ubezpieczenia - w zamian za określoną składkę mogę otrzymać kwotę X o ile zajdzie określone zdarzenie. Można ją też porównać do zakładu - stawiam 10 zł, żeby wygrać kilka razy więcej, ale mogę też stracić. Nie jest to chyba zbyt skomplikowane dla przeciętnego inwestora? Produkt strukturyzowany jest złożeniem opcji (instrumentu ryzykownego) oraz obligacji. 

Co ważniejsze jednak (w kontekście opinii Pana Gwiazdowskiego): wystawianie przez banki opcji nie oznacza że zaczynają one ponosić jakieś dodatkowe ryzyko. Banki zawsze zabezpieczają swoje pozycje. Załóżmy, że bank wziął od inwestora 10 zł i w zamian za to zapewnia mu wypłatę określonego zysku o ile za rok WIG20 będzie na plusie. Taki bank od razu zainwestuje odpowiednią kwotę w WIG20 żeby się zabezpieczyć. Ta kwota będzie się dynamicznie zmieniać w czasie. Jeśli po roku bank będzie musiał klientowi wypłacić obiecany zysk wówczas przekaże mu po prostu to co zarobił na inwestycji w WIG20. Na czym więc zarabia bank? W ramach tych 10 zł które pobrał od klienta wziął też 1 czy 2 zł prowizji powyżej rynkowej ceny opcji (bo jest to nic innego jak cena opcji właśnie).

Amerykańskie banki mają problemy nie dlatego że zbyt aktywnie działały na rynku instrumentów pochodnych ale dlatego że spekulowały. Obstawiały, że ryzykowne kredyty będą spłacane i uda im się zarobić na zabezpieczonych nimi papierach. Ponosiły ryzyko, bo chciały zarabiać więcej. Wina tkwi nie w samych narzędziach ale w ich wykorzystaniu. Zwyciężyła chciwość - tak ceniona przez Adama Smitha jako główny motor działania homo economicus. Najwyraźniej homo economicus, zanim nauczy się ostrożności w obchodzeniu z nowymi zabawkami musi dostać mocno w twarz. I właśnie dostał (vide: bankructwa amerykańskich banków).

Na marginesie, instrumenty pochodne z powodzeniem stosuje guru inwestowania w wartość - Warren Buffet (pisałem już o tym na blogu). Fakt, że podchodzi do nich bardzo ostrożnie - twierdzi że osobiście obserwuje wszystkie derywaty które znajdują się w jego portfelu. Ale jednak nie stroni od tych "piekielnych wynalazków". Nie powinien się ich bać także Pan Robert Gwiazdowski.

Komentarze (17)
KNF kontra spread
 Oceń wpis
   

 

KNF "odkryła" że banki zarabiają na spreadzie przy kredytach walutowych - będzie się przyglądać sprawie i pewnie wygeneruje raport. A co potem? Prawdopodobnie pojawią się zalecenia dla banków, by informowały klientów o tym jaki jest spread i ile kosztuje. Byłoby to już kolejne ostrzeżenie, bo dzięki tzw. rekomendacji S mamy już przestrogę przed ryzykiem kursowym oraz ryzykiem stopy procentowej. Oczywiście nikt tego nie czyta.

Prawda jest taka, że banki pożyczającp pieniądze na mieszkanie powinny zarabiać tylko na odsetkach (ich zyskiem powinna być wyłącznie marża ponad rynkowy koszt pieniądza) a nie dodatkowo na różnicy między kursem kupna a kursem sprzedaży. To drugie to domena kantorów który wymieniają waluty. Co ciekawe w takim DomBanku widełki kursowe dla franka sięgają 18,4 gr a więc ok. 9%. W Noble Banku niewiele mnie - 16,4 gr. To więcej niż w kantorach - średnio ok 11 groszy (wg. www.kantory.pl).

Głowę dam że nie więcej niż 1 na 100 kredytobiorców zdaje sobie sprawę w jaki sposób spread podnosi koszt kredytu (upraszczając - zwiększa oprocentowanie o ok. 0,4 - 0,7 pkt proc.). Dlatego jakiekolwiek wymuszone przez KNF wyjaśnianie tego mechanizmu klientom przez banki nie ma sensu. Spread po prostu trzeba skasować. Wątpię żeby KNF poszedł tak daleko i zakazał tego typu prakty. Nie wiem też czy w ogóle byłoby to możliwe.

Ciekawe czy znajdzie się choć jeden odważny bank który odpuści sobie kasowanie różnic kursowych? Klienci to docenią. Ale, ale była taki jeden bank - GE Money Bank. Rozliczał kredyty po kursie średnim ale za to marża była z automatu wyższa o 0,3 pkt proc. I dawno temu był jeszcze niejaki Bud Bank (wchłonięty potem przez Bank Gospodarstwa Krajowego). Nie tylko miał kurs średni ale dodatkowo pożyczał też w jenach. Teraz banki szumnie wróciły do jenów (m.in. wspomniany Noble Bank). Może więc warto sięgnąć po kolejną innowację sprzed lat - zero spreadu.

Komentarze (18)
1:0 dla Banku Pocztowego
 Oceń wpis
   

Kilka instytucji finansowych próbowało "podłączyć się" pod piłkę nożną. W KBC TFI można było zainwestować w fundusz oparty o 30 spółek, które podobno mają skorzystać na Euro 2012. Zbliżoną strategię zaproponowało Union Investment TFI – tym razem w formie funduszu otwartego. Nikt jednak nie mógł się spodziewać, że to Bank Pocztowy strzeli gola już w pierwszej minucie. Wprowadzając lokatę o nazwie "Polska Mistrzem" BP pokazał na czym polega ścisły związek parametrów produktu z „tematem” inwestycyjnym.

W przypadku dwóch wcześniej wspomnianych funduszy KBC i Union Investment w rzeczywistości wykorzystano pozytywne skojarzenie jakie mają inwestorzy w związku z mistrzostwami w piłce nożnej. Wybrano spółki – w przypadku UI głównie budowlane i usługowe, w KBC – głównie firmy zagraniczne (np. Altria - producent papierosów Marlboro, Carlsberg czy Allied Irish Banks). Szczególnie w tym drugim przypadku związek kondycji spółek (globalnych korporacji) z faktem odbywania się w Polsce i Ukrainie rozgrywek piłkarskich jest nikły.

A tymczasem mamy rok 2008 i przed nami Euro, które odbędzie się w Austrii i Szwajcarii. Bank Pocztowy, który jak dotąd nie był kojarzony z innowacjami produktowymi daje swoim klientom szansę zarabiania na bramkach strzelanych przez naszą reprezentację. Bank oferuje lokatę roczną o oprocentowaniu 4 proc. Może ono jednak wzrosnąć o 1 pkt proc. za każde zwycięstwo Polski. Pół punktu procentowego bank płaci za remis. Oprocentowanie może maksymalnie wzrosnąć do 8 proc.

To z pewnością pierwszy taki produkt w Polsce (na świecie takich ofert było już sporo). W rzeczywistości mamy tutaj do czynienia z produktem strukturyzowanym. W tym przypadku wynik nie zależy od notowań instrumentów finansowych ale od wyników meczów. Zbliżamy się więc do działalności bukmacherskiej. Zasada jest jednak identyczna: całość opiera się na zakładzie, im wyższe prawdopodobieństwo wygranej tym niższy potencjalny zysk. Z pewnością za zwycięstwo Polski w finale można byłoby całkiem znacznie podnieść oprocentowanie lokaty. Inwestując w „zwykła” lokatę strukturyzowaną zakładamy się z bankiem o to czy np. cena złota za 4 lata będzie wyższa niż dzisiaj – możemy przegrać lub wygrać.

Przyjrzyjmy się analogicznym ofertom spoza polskiego rynku. W 2005 roku niemiecki Postbank (zbieg okoliczności czy "pocztowy" transfer know how?) oferował lokatę 3-miesięczną z gwarantowanym oprocentowaniem 1,5 proc. w skali roku. Ten zysk mógł być dodatkowo powiększony o 0,5 pkt proc. za każde zwycięstwo drużyny niemieckiej w Pucharze Konfederacji FIFA. Zaraz później ten sam bank przyszykował produkt na Mistrzostwa Świata które odbyły się w Niemczech w 2006 roku – dzięki sześciu zwycięstwom gospodarzy lokata zakończyła się 7-procentowym zyskiem. Na niemieckim rynku można też znaleźć lokaty o oprocentowaniu zależnym od wyników poszczególnych klubów – Schalke i FC Bayern gdzie za każdą bramkę w sezonie inwestor zarabia dodatkowe 0,1 lub 0,2 proc. Tego typu produkty są bardzo popularne w Hiszpanii.

Nie obyło się jednak bez zgrzytów. Nomura – jeden z banków zajmujących się konstrukcją sportowych produktów inwestycyjnych musiał zmierzyć się z sądem w szwajcarskim kantonie Vaud. Sąd uznał że tego typu propozycja to hazard i zakazał ich oferowania. W Polsce – jak dowiadujemy się z Pulsu Biznesu – Bank Pocztowy również wolał sprawdzić w Ministerstwie Finansów czy jego lokata nie będzie uznana za hazard.

Jakość samej oferty to oczywiście rzecz dyskusyjna. Czy Polacy mają szansą na wygranie choćby jednego meczu? Oby tak się stało – wtedy radość niektórych kibiców będzie wyższa o jeden punkt procentowy. Z pewnością lokata mogłaby być krótsza - w Niemczech przyjął się okres 3-miesięczny. Teoretycy futbolu czy bukmacherzy z pewnością mogą więcej powiedzieć o parametrach lokaty Pocztowego - porównując ją z rozwiązaniami niemieckimi i analizując siłą obu drużyn.

Co ważniejsze jednak Bank Pocztowy pokazał na polskim rynku nowe możliwości produktów strukturyzowanych. Oczywiście tego typu zastosowania „struktur” zawsze pozostaną marginesem (tak jak dostępne w Wielkiej Brytanii „zakłady” o to czy na Święta będzie śnieg - serio). W rzeczywistości osoby, które chcą zarabiać na wynikach sportowych szukają większego ryzyka i wyższych zysków. Takie produkty jak lokata Banku Pocztowego pokazują jednak że granica między inwestowaniem a hazardem jest płynna. I taka pozostanie – mimo kampanii reklamowej GPW.

Komentarze (14)
Co z tymi doradcami?
 Oceń wpis
   

Co chwila słyszę o kolejnych firmach doradztwa finansowego, które mają opleść Polskę siecią swoich oddziałów. Skala projektów budzi respekt. Czy nowym instytucjom uda się zrzucić z podium Expandera czy Open Finance?

Fundusz zamknięty Meritum tylko w tym roku chce wydać na firmę doradczą Finamo (założoną m.in. przez byłych menedżerów z Polbanku). W przyszłym roku nowy podmiot chce mieć 100 placówek – więcej niż Expander i Open Finance łącznie. Przy takim budżecie będą to z pewnością oddziały zlokalizowane - wzorem Open Finance – w bardzo reprezentacyjnych miejscach („na mieście” już widać pierwsze jaskółki). Duży fundusz venture capital stoi także za Grupą Finanza, którą prowadzi Piotr Szulec (wcześniej Xelion, Partnerzy Finansowi).

Dwie inne firmy – Doradcy24 oraz GoFinance – chcą natomiast pozyskać środki na Newconnect. Obie mają ciekawe cechy odróżniające je od konkurencji – Doradcy24 chcą konkurować m.in. z mBankiem rozwijając stworzoną przez Wrocławski Dom Maklerski platformę Freefund. GoFinance – to właściwie część grupy GoUnited, w której skład ma wkrótce wejść także Towarzystwo Funduszy Inwestycyjnych. Grupą zarządza Beata Kielan, która m.in. tworzyła Skarbiec TFI. W efekcie będzie to instytucja nie tylko sprzedająca ale także tworząca własne produkty/.

Co łączy te projekty? W większości przypadków stoją za nimi spore pieniądze i osoby o dużym doświadczeniu i znajomości rynku finansowego. Rynek doradztwa finansowego za rok czy dwa może więc wyglądać zupełnie inaczej. Co prawda żadna z firm nie proponuje totalnej rewolucji w doradztwie finansowym jaką mogłoby być wprowadzenie doradców wynagradzanych przez klientów a nie z prowizji za sprzedaż produktów. W mniejszym lub większym stopniu nowe firmy kopiują model stworzony kiedyś na wzór niemieckiego AWD przez twórców Expandera. Najwyraźniej jednak nie nadszedł jeszcze w Polsce czas na płatne doradztwo.

A co to oznacza dla obecnych tuzów rynku doradztwa? Zaczyna się wyścig zbrojeń, w którym ważne będą oczywiście pieniądze ale przede wszystkim kompetencje. Expander właśnie zatrudnił licencjonowanego doradcę inwestycyjnego. Zdecydował się także skorzystać z know-how firmy New World przy konstruowaniu produktów strukturyzowanych. Open Finance również rozbudowuje dział analiz, tworzy „komitety inwestycyjne” do opracowywania nowych produktów. Branża doradztwa stopniowo buduje fosę, którą coraz trudniej będzie sforsować nowym graczom.

Pozostaje pytanie o wartość dodaną jaką dostarczają faktycznie doradcy finansowi. Wzrost świadomości klientów, rozwój internetowych porównywarek i usprawnienia dokonane po stronie samych banków sprawiają, że sam wybór kredytu hipotecznego nie jest już wielką wartością. Siłą firm będzie innowacyjność w tworzeniu własnych produktów – przede wszystkim inwestycyjnych. Największe firmy doradztwa finansowego będą też wykorzystywać synergię z bankami. Expander może powtórzyć scenariusz zrealizowany przez Getin Holding z Open Finance i Wschodnim Bankiem Cukrownictwa przekształconym w Noble Bank – Innova Capital jest inwestorem Expander oraz Banku Współpracy Europejskiej.

Sporym problemem są ludzie. Już teraz na rynku pracy doświadczony doradca finansowy jest dobrem rzadkim i bardzo dobrze opłacanym. Jednocześnie w wielu firmach doradcy mają status „świętych krów” – pracują w ramach działalności gospodarczej i w każdej chwili mogą zmienić pracodawcę. Słowem: nadchodzą jeszcze lepsze czasy dla doradców finansowych rozumianych jako pracownicy firm. I oczywiście dla klientów: to o nich nowe firmy będą rywalizować ze „starymi”.

Komentarze (15)
Mity na temat struktur
 Oceń wpis
   


O produktach strukturyzowanych pisze się coraz więcej. I dobrze. Niestety dziennikarze czasem mijają się prawdą. Trudno się dziwić – temat jest nowy i czasem dosyć skomplikowany. Przyjrzyjmy się niektórym mitom o strukturach.

„Dystrybutorzy produktów strukturyzowanych pobierają część finalnego zysku z takich inwestycji”

To domena funduszy hedge, które stosują takie opłaty za sukces inwestycyjny. W przypadku lokat strukturyzowanych takie rozwiązanie nie jest stosowane. Co więcej, byłoby technicznie trudne do realizacji. Oczywiście marża dystrybutora pobierana jest kosztem środków, które mogłyby zostać wydane na zakup opcji. Gdyby tej marży nie było wówczas opcja – a więc prawo do zysku w przyszłości – zostałaby kupiona za większą kwotę. W efekcie potencjalna stopa zwrotu z inwestycji mogłaby być wyższa. Jednak produktu bez marży nikt nie zrobi więc to tylko teoria. A zatem twierdzenie, że po zakończeniu lokaty instytucja finansowa zabierze inwestorowi jakąś porcją należnego mu zysku zwyczajnie wprowadza w błąd.

„Lokaty strukturyzowane dają zarobić maksymalnie kilkanaście procent rocznie”

Nie ma takiej reguły. Struktury to bardzo szeroka kategoria – mogą się wśród nich znaleźć produkty bardzo ryzykowne i jednocześnie oferujące szansę na bardzo wysoki zysk. Obowiązuje tutaj podstawowa zasada – im więcej ryzyka tym więcej można zarobić. Fakt, na polskim rynku królują relatywnie krótkie produkty z pełną gwarancją kapitału. Bezpieczeństwo jest więc na wysokim poziomie – klienci niechętnie widzą gwarancję kapitału niższą od 100 proc. Nie ma cudów. Jeśli mamy 2-letnią lokatę opartą o bardzo zmienny rynek (np. surowce rolne), która zapewnia pełną lub prawie pełną gwarancję kapitału wówczas nie liczmy na krociowe zyski. Podstawą konstrukcji struktur są opcje, a one działają na zasadzie zakładu – im mniej wydamy na zakład tym mniejsza szansa na wysoką wygraną.

„Lokata strukturyzowana wymaga zamrożenia kapitału na kilka lat”

To mit ale mający swoje realne uzasadnienie – wiele produktów na polskim rynku jest oferowanych z wysokimi opłatami za przedterminowe wycofanie środków. Klienci są do takich konstrukcji przyzwyczajeni przez doradców finansowych oferujących fundusze inwestycyjne opakowane w ubezpieczenia. Tymczasem same lokaty strukturyzowane mogą być inwestycją płynną. Przykładem jest chociażby oferta certyfikatów notowanych na giełdzie ale też niektórych produktów zapakowanych w ubezpieczenie czy oferowanych jako obligacje w ramach ofert niepublicznych. Brak płynności wynika zatem z arbitralnych decyzji niektórych dystrybutorów, a nie z właściwości samych produktów strukturyzowanych.

„Partycypacja nie może być wyższa niż 100 proc. jeśli produkt zapewnia pełną gwarancją kapitału”

Oczywiście może – wszystko zależy od ceny opcji. W przypadku lokaty strukturyzowanej z pełną gwarancją kapitału z każdych 100 zł które wpłaca klienta określona kwota inwestowana jest bezpiecznie (najczęściej w obligacje) – tak, by w momencie zakończenia lokaty znów być warta 100 zł (stąd się bierze gwarancja kapitału). To co zostaje po zakupie obligacji dystrybutor przeznacza na zakup opcji oraz własną marżę. Jeśli kwota jaką można przeznaczyć na opcję jest wystarczająco wysoka by – mówiąc kolokwialnie – kupić całą opcję wówczas partycypacja wyniesie 100 proc. Oznacza to że inwestor ma prawo do całego zysku jaki wygeneruje aktywo, na którym oparta jest lokata. Opcja może być jednak na tyle tania, że będzie jej można kupić więcej – wówczas partycypacja będzie wyższa niż 100 proc. Dystrybutorzy wykorzystują fakt, że klienci nie domagają się partycypacji wyższej niż 100 proc. mimo, że czasem może im się ona „należeć”. Naturalne dla inwestora jest bowiem uzyskanie udziału w zysku na poziomie 100 proc. („zarobię tyle ile coś wzrośnie”) niż wyższym. Dla części klientów wariant z partycypacją rzędu np. 150 proc. może być mało zrozumiały czy wręcz podejrzany. Dla dystrybutorów to gratka – mimo że mogliby kupić więcej niż „jedną” opcję mogą wziąć zamiast tego wyższą marżę. I obie strony są zadowolone chociaż jedna nie ma pełnej informacji.

„Lokaty strukturyzowane nie zapewniają pełnej gwarancji kapitału – przecież jest inflacja”

Oczywiście, gwarancja kapitału jest tylko (i aż) nominalna, a nie realna (nie uwzględnia inflacji). Nie jest to więc stwierdzenie błędne.  Błędem jest jednak wspominanie o inflacji tylko w kontekście produktów strukturyzowanych. Przecież zjada ona również zyski z lokat bankowych i z funduszy inwestycyjnych. Oczywiście jeśli fundusz zarobi 50 proc. wówczas nikt już się inflacją nie przejmuje. Ale jeśli zyska tylko 10 lub straci 30 procent? W każdym z tych przypadku trzeba sobie przypomnieć o odjęciu czterech (może wkrótce więcej?) procent w przypadku rocznej inwestycji.

„Lokaty strukturyzowane są skomplikowane”

Podobnie jak z kwestią płynności – mogą być ale wcale nie muszą. W Europie Zachodniej sprzedaje się bardzo wiele banalnie prostych produktów. Na przykład w Wielkiej Brytanii połowa struktur opiera się po prostu o indeks FTSE 100. W Polsce WIG20 jest raczej rzadko wykorzystywany – mimo, że przecież większość inwestorów inwestuje w akcje krajowe. Częściej spotkamy inwestycje w wymyślne indeksy, surowce rolne czy egzotyczne spółki. Dodatkowo pojawiają się skomplikowane wzory na wyliczenia zysku (tzw. formuły wypłaty). To wszystko można jednak uprościć na tyle, by z ofert mógł skorzystać ktoś kto nie ma pojęcia o finansach. Pytanie: czy dystrybutorzy przestaną się ścigać w „innowacyjności”? Tak, jeśli klienci zauważą że innowacyjność dla samej innowacyjności nie jest wielką wartością. Do tego czasu należy oczekiwać odkrywania przez instytucje finansowe kolejnych Złotych Graali.

Komentarze (6)
1 | 2 | 3 | 4 |
Najnowsze wpisy
2010-06-25 20:15 Quo vadis struktury?
2008-11-30 11:59 Toksyczne aktywa czy błędy zarządów?
2008-11-12 15:02 Recesja to nie zawsze bessa
2008-10-24 17:28 Drżyjcie przyszli emeryci
2008-10-15 09:46 Na kryzys - gwarancja kapitału
Najnowsze komentarze
2014-01-06 19:31
najlepszeprezenty.com.pl:
1:0 dla Banku Pocztowego
:)
2014-01-02 12:53
inwestycje-finanse:
Quo vadis struktury?
Dodam, że na strukturach straciłem dużo. Nie polecam!
2014-01-02 12:52
inwestycje-finanse:
Na kryzys - gwarancja kapitału
Na kryzys Bednarska myślę, że będzie dobra!
O mnie
Maciej Kossowski
Prezes firmy Wealth Solutions
Kategorie
Ogólne